Hawks – Sixers 109:119

3 zwycięstwo z rzędu, a 1 na własnym boisku zanotowała dzisiaj drużyna Philladelphi. Do gry wrócił JJ i spotkanie rozpoczęliśmy piątką : Simmons, Redick, Covington, Saric oraz Embiid. Pierwsza kwarta spotkania to popis gry naszej drużyny. Graczom Philladelphii wychodziło dosłownie wszystko ! Wpadały trójki, rzuty z półdystansu, a co najważniejsze wszystko po ładnych, zespołowych akcjach. W jednej sytuacji, mogliśmy zaobserwować ruch piłki, niczym Spurs w najlepszej postaci – każdy zawodnik z piątki miał dogodną pozycję do rzutu, a mimo to posłał podanie do kolejnego gracza, niestety akcja zakończyła się pudłem Sarica spod kosza. W pewnym momencie mieliśmy 6/6 za trzy, dopiero niecelna trójka Redicka popsuła tą statystykę. Na koniec kwarty, zupełnie niepotrzebnie gracze “szóstek” pozwolili wrócić “jastrzębiom” do gry i pierwsza ćwiartka kończy się 9-punktowym prowadzeniem. Druga kwarta toczona była już jednak kosz za kosz, wkradły się proste straty, słaby powrót do obrony, wszystko to doprowadzało do łatwych punktów Hawks. Dobrze z ławki w mecz weszli TJ oraz TLC, jednak run na koniec kwarty 9-0 dla Atlanty doprowadził do pierwszego remisu od stanu 0-0. Połowa zakończyła się minimalnym prowadzeniem gospodarzy. Na wyróżnienie po dwóch kwartach z pewnością zasługiwał Covington, który miał 16 punktów oraz był 4/6 za trzy. Do przerwy mieliśmy 21 asyst w porównaniu do 10 asyst gości.

Kolejny raz NBA potwierdziło, że wysokie prowadzenie na początku meczu (25 do 8) nie ma znaczenia, jeśli choć na chwilę drużyna prowadząca straci koncentrację. Po przerwie gra wyglądała dużo gorzej, mimo prób gry podkoszowej, tylko jedna akcja Joeala zakończyła się powodzeniem, a kolejne próby za 3 nie potrafiły już znaleźć drogi do kosza. Zaczęliśmy od 6/6, potem było 3/15…Zbyt łatwo gracze Atlanty rzucali punkty z kontry i pomalowanego w tym fragmencie gry. Na domiar złego, nasza najlepsza strzelba w tym spotkaniu Covington w połowie 3 kwarty musiał udać się do szatni utykając. W tym momencie Ben wziął sporo gry na siebie, zaczął atakować obręcz i stawać na linii rzutów wolnych, trafiał 50%, a coach Budenholzer raz nakazał go faulować poza grą aby wybić z rytmu. Bardzo słaby dzień zaliczył JJ, który zdecydowanie nie potrafił się wstrzelić mimo dogodnych pozycji. Przed ostatnią kwartą widniał remis 93-93. Ostatnią ćwiartkę zaczęliśmy od dobrej obrony i przechwytów, niewiele jednak z tego wynikało, gdyż nawet w sytuacjach 2 na 1, zawodnicy z Philladelphi, decydowali się na rzut za 3. W niektórych sytuacjach, aż się prosi o to, żeby zdobywali proste punkty spod kosza. Po przeprowadzonych testach, do gry powrócił Covington, a Atlanta przez 6 minut nie zdobyła punktów. W wyniku jednak dużej różnicy nie było, bo Sixers również byli 2/13 z gry. Bardzo dobrą obronę na Schroderze robił McConnell. Tak naprawdę, izolację na Dennisa to jedyne co potrafili ugrać Hawks w najważniejszej odsłonie meczu. Rekordowe 6 asyst zanotował Embiid, który ładnie dzielił piłką w tym fragmencie (bardzo ważna trójka Baylessa na +7). Dopiero w szóstej próbie, swój pierwszy celny rzut trafił Redick, był to jednak gwóźdź do trumny. W końcówce próbował szarpać jeszcze Dennis, jednak tym razem obyło się bez dreszczowca i gospodarze spokojnie dowieźli zwycięstwo do końca. Spora w tym zasługa Embiida, który zdobywał ważne punkty spod kosza, oraz spędził na parkiecie 30 minut, co może cieszyć każdego fana “szóstek”. Fenomenalny występ Simmons podsumował mega dunkiem w ostatniej minucie meczu, który z pewnością znajdzie się w top10 całej nocy.

Kolejny raz z triple-double flirtował Ben i spotkanie zakończył z dorobkiem 19 punktów, 13 zbiórek oraz 9 asyst, przy skuteczności 50% z gry. Regulaminowe double-double zaliczył Embiid, który uzyskał 21 punktów oraz 12 zbiórek, a do tego dodał 6 asyst, 3 przechwyty oraz 3 bloki. Trzecim muszkieterem dzisiaj był Covington, który zanotował 22 punkty oraz miał najwyższy wskaźnik +14 gdy on przebywał na parkiecie. Całe spotkanie mogło się bardzo podobać w naszym wykonaniu a 36 asyst przy 46 trafionych rzutach pokazuje, że zespół zaczyna tworzyć całość. Z niecierpliwością czekam na piątkowe starcie z Indianą, która nadzwyczaj dobrze, spisuje się na wschodzie.