Trzeci z sześciu meczów wyjazdowej serii, drużynie Sixers przyszło rozgrywać w Salt Lake City. Ostatnie zwycięstwo Filadelfijczycy odnieśli tutaj 5 stycznia 2005 roku (tak dla przypomnienia – wyjściowa piątka z tamtego meczu: Allen Iverson, Andre Iguodala, Kenny Thomas, John Salmons i Samuel Dalembert). Nie udało się niestety wygrać pierwszy raz od prawie 11 lat, chociaż mimo nawet 21 punktów straty, w końcówce było bardzo blisko.

Sixers rozpoczęli mecz w składzie: Smith, Canaan, Sampson, Landry, Noel. Drugi mecz z rzędu z powodu kontuzji kolana opuścił Jahlil Okafor. Początek nie był dobry dla przyjezdnych – ogromne kłopoty mieli zwłaszcza w defensywie (Jazz trafili pierwsze siedem rzutów) oraz ze zbiórkami po obydwu stronach parkietu. W jednej sytuacji rywale mieli 4 posiadania z rzędu i dopiero po czwartym pudle piłkę zebrał… Ish Smith. Sixers byli bardzo ociężali w pierwszych minutach gry, dobrze wyglądał tylko Noel – dwa dobre rzuty z półdystansu i dwa odbiory. Po wejściu zawodników z ławki świetnie zaczął prezentować się Richaun Holmes (trafione pierwsze 4 rzuty i 1 efektowny blok). Sixers większość piłek grali pod kosz, w efekcie większość punktów zdobywali w pomalowanym. Niestety bolączką po raz kolejny były straty – zbyt oczywiste rozgrywanie piłki przez Marshalla. Gospodarze w tym czasie byli wszędzie, atakowali zarówno spod kosza (11 rzutów osobistych w Q1) jak i z dystansu, zdobywając w sumie 37 punktów w pierwszej kwarcie.

O drugiej kwarcie w wykonaniu Sixers ciężko powiedzieć coś dobrego, strata rosła (najwięcej – 21 punktów) a dominowały straty, pudła i ogólnie brak błysku do gry. W końcówce pierwszej połowy trochę punktów udało się odrobić (45-58 na przerwie), jednak prawdziwe odrabianie miało miejsce w kwarcie numer trzy. Przebudził się Ish Smith, dużo rzucał, dobrze podawał (loby Smitha do Noela już wracają jako zagranie firmowe Sixers). W sumie po trzeciej kwarcie miał już na koniec 19 punktów i 9 asyst, w tym 12 punktów zdobytych właśnie w tej części gry. Na pół minuty do końca Q3 goście wyszli na pierwsze prowadzenie w meczu (78-76) i od tej pory gra stała się wyrównana. Poprawiła się defensywa obydwu drużyn, wobec czego efektownych zagrań i wielu punktów w czwartej kwarcie nie oglądaliśmy.

Na 3:27 do końca meczu Ish popisał się kolejnym niesamowitym lobem do Noela (uwaga – to nie koniec) jednak Jazz byli skuteczni i uciekli na 5 punktów. Wobec kilku kontrowersyjnych decyzji arbitrów (niestety w większości na korzyść gospodarzy), ucieszyliśmy się z nadejścia ostatnich dwóch minut, czyli okresu, w którym sędziowie mogą wykorzystywać powtórkę do orzekania w niepewnych sytuacjach. Radość nie okazała się płonna gdyż już po pół minuty sędziowie chcieli dać piłkę Jazz, jednak powtórka była bezlitosna – piłka należy się 76ers. Cudowną trójkę wśród zaskoczonych rywali trafił Ish i na tablicy mieliśmy remis 89-89. Ważną piłkę zebrał Stauskas, a po czasie: fenomenalny, genialny lob Isha do Noela dał Sixers dwa punkty przewagi na 40 sekund do końca meczu. Niestety szybką trójkę trafił Hayward, Stauskas nie trafił trudnego rzutu mimo przewagi wzrostowej nad Raulem Neto. Po trafionym rzucie osobistym Bookera, gospodarze mieli 2 punkty przewagi, a Ish Smith wziął na siebie ciężar meczu. Świetnie wyswobodził się od obrońców, wyszedł na świetną pozycję rzutową, ale… nie trafił. Sixers sfaulowali jeszcze na 0,1 sekundy przed końcową syreną, ale to nie mogło nic dać. Świetna okazja do drugiego zwycięstwa z rzędu zaprzepaszczona.

Mecz miał tak naprawdę trzech “bohaterów” ze strony Philadelphii 76ers: Isha Smitha, Nerlensa Noela i Richauna Holmesa. Niech statystyki przemówią.
Smith: 22 punkty, 11 asyst
Noel: 18 punktów (8/9 z gry), 6 zbiórek, 5 bloków, 2 odbiory
Holmes: 18 punktów (8/11 z gry), 3 zbiórki, 3 bloki w 21 minut z ławki.

Następny mecz w środę z Kings.