Washington

Seria powraca do Philadelphii, a Sixers pod nieobecność Embiid’a, starali się przed własną publicznością zakończyć rywalizację z Czarodziejami. Miejsce Kameruńczyka w pierwszej piątce zajął Thybulle. Spotkanie klasycznie już, agresywnie zaczął Simmons, problemem była jednak bardzo słaba skuteczność naszych zza łuku. Efektem tego goście bazujący prawie wyłącznie na punktach swoich dwóch liderów, przejęli inicjatywę i prowadzili kilkoma oczkami. Po przerwie na żądanie dla Rivers’a i wejściu rezerwowych zaczęliśmy częściej wchodzić pod kosz, co kończyło się przewinieniami Wizards. Rzutów osobistych jednak też nie byliśmy w stanie wykonywać bezbłędnie (66% w pierwszej kwarcie). Ostatecznie jednak, głównie dzięki parze Maxey-Howard na koniec pierwszej ćwiartki doprowadziliśmy do remisu po 29.

Druga kwarta, to wciąż niezwykle wyrównana rywalizacja. Początkowo na parkiecie rządzili Westbrook i fenomenalny Maxey. Wizards prowadzili, ale nie dawaliśmy im odskoczyć na więcej niż cztery punkty. W pewnym momencie zaczęli nawet wysyłać specjalnie na linię Simmons’a, lecz trzy trafione rzuty na cztery wybiły im ten pomysł chociaż na jakiś czas. Pierwszy raz na prowadzenie wyszliśmy wreszcie na minutę do przerwy, po trójce Harrisa. Przy schodzeniu do szatni na tablicy widniał wynik 65:63.

Powrót na parkiet gorący niczym pikantna tajska zupa zaliczył Seth Curry, który rzucił pierwsze 12 oczek swojej drużyny. Po drugiej stronie jednak cały czas punktowali wyłącznie Beal i Russel, którzy nie mylili się często. Rozmowa w szatni wpłynęła widocznie na skuteczność Sixers zza łuku, dzięki czemu tym razem to oni utrzymywali się na lekkim prowadzeniu. Kiedy na parkiecie pojawili się zmiennicy i liderzy gości musieli zostać trochę odciążeni, udało się zyskać trochę większy komfort punktowy. Duża w tym zasługa Howarda, który w ostatnich trzech minutach kwarty regularnie pojawiał się na linii rzutów wolnych.

Ostatnia odsłona spotkania rozpoczęła się od wyniku 103 do 94. Jednak już po niecałych dwóch minutach gry prowadziliśmy 13 oczkami, dzięki koncertowi zmienników. Howard zamurował nasze pomalowane, Korkmaz raził zza łuku, a Maxey kręcił Lopez’a. Minuty mijały, zawodnicy się zmieniali, a Wizards dalej nie mogli znaleźć sposobu, by rozgryźć naszą szczelną obronę. Na sześć minut do końcowej syreny prowadziliśmy osiemnastoma punktami. Postawa podopiecznych Rivers’a naprawdę mogła imponować, czas 24 sekund wykorzystywany był do granic możliwości, a do tego jeszcze trafialiśmy lub łapaliśmy rywali na faule. Gdy do końca spotkania pozostało mniej niż pięć minut Russel i Beal udali się na ławkę, by powoli przyzwyczajać się do siedzenia na rybach. W Wells Fargo Center rozpoczęło się fetowanie 15 tysięcy zgromadzonych tam kibiców. Po końcowej syrenie na tablicy widniał wynik 129:112

SIXERS TOP, tak można ująć dzisiejszą postawę naszych ulubieńców. W pełni udowodnili kto zasłużył na awans, pod nieobecność lidera każdy z zawodników dał coś od siebie do końcowego wyniku. W kolejnej rundzie zmierzymy się najprawdopodobniej z Atlantą (w momencie pisania tych słów, prowadzą w ostatniej kwarcie 11 punktami). Miejmy nadzieję, że na pierwsze spotkanie będzie już gotowy Jojo, chociaż tak grając nawet bez niego możemy być dobrej myśli.