Washington

Wczorajszej nocy Philadelphia 76ers miała ogromną szansę na odniesienie pierwszego “sweepu” od 1985 roku i odpoczynek przed rywalizacją ze zwycięzcą serii Knicks-Hawks. Niespodziewanie, nie udało się. Zamiast tego po słabym spotkaniu mamy 3-1 w serii do czterech zwycięstw i nie obejdzie się bez kolejnego starcia w Philadelphii. Na domiar złego już po 11 minutach gry parkiet opuścił kontuzjowany Joel Embiid – jeszcze nie wiemy, czy jego uraz jest poważny.

Sixers zaczęli spotkanie tak, jak nas do tego przyzwyczaili, ale Wizards tym razem stawiali większy opór, aby nie poddać się bez walki. Wymusili szybsze tempo gry i chociaż to goście przez całą pierwszą połowę prowadzili 2-3 koszami, to gospodarze twardo walczyli o pozostanie w grze. Wreszcie pod koniec połowy Wizards wyszli na pierwsze prowadzenie i tylko trójka Greena niemal równo z syreną zapewniła przewagę Sixers 61-60 przed zejściem do szatni.

Niestety w niej był już Joel Embiid, który w pierwszej kwarcie przy próbie wsadu z kontry został zablokowany i niefortunnie upadł na plecy. Embiid grał jeszcze przez chwilę, ale po powrocie na ławkę udał się do szatni z bólem prawego kolana i już nie wrócił w tym spotkaniu.

Co ciekawe, Wizards dotrzymywali kroku Sixers w pierwszej połowie dzięki grze Bertansa i Lopeza, którzy rzucili 29 z 60 punktów swojego zespołu. Nieskuteczni byli liderzy – Beal i Westrbrick ;-) trafili łącznie 5 z 22 rzutów, a po drugiej stronie Harris “popisał się” skutecznością 4/15.

Niestety po zmianie połów dosłownie wszystko się posypało. Sixers zaczęli grać indywidualnie, nieskutecznie, chaotycznie i generealnie przypominali Wizards z poprzednich spotkań. Ich gra w trzeciej kwarcie na skuteczności 32% to chyba najbardziej paskudne 12 minut, jakie oglądaliśmy w tym sezonie. Nic dziwnego, że gracze ze stolicy zaczęli wychodzić na coraz większe prowadzenie, które w kulminacyjnym punkcie wyniosło 14 punktów – najwięcej w całej serii. Ich liderzy zaczęli trafiać w odpowiednim momencie.

W finałowej kwarcie było już lepiej z perspektywy Sixers i spotkanie zrobiło się znowu oglądalne, a ostatnie jego minuty to istny thriller że zmianami prowadzenia. Niestety brak Embiida był aż za bardzo widoczny i mimo ważnych punktów i wysiłku Korkmaza oraz świetnej gry zadziwiającego Maxey’a, to Wizards kontrolowali ostatnie akcje. Kluczową okazała się trójka Hachimury na 45 sekund do końca, dająca jego ekipie prowadzenie 118-112.

Być może gdyby Simmons lepiej wykonywał rzuty wolne (5/11) albo był bardziej aktywny w ataku, nie polegając tylko na Harrisie, to losy spotkania byłyby inne. Takiego zbilansowania ofensywnego i lepszej współpracy w defensywie zabrakło tej nocy najbardziej.

Nie wyróżnię żadnego gracza poza Tyrese Maxey’em (15 punktów), bo każdy inny zagrał poniżej oczekiwań. Najbardziej boli postawa Shake’a Miltona, który w tej serii w ogóle się nie odnajduje (3.8 ppg na 22% skuteczności), ale zastanawia też fatalna skuteczność Bena Simmonsa z linii rzutów wolnych (5/20 po spudłowaniu wszystkich 9 prób w poprzednich trzech meczach). To się musi poprawić, tak samo jak rotacja Doca Riversa. Gra samymi rezerwami, tracenie przewagi i odzyskiwanie jej po powrocie starterów może być zabawne w pojedynkach z Wizards, ale w kolejnych seriach z trudniejszym rywalem skończy się źle.

PS. Fani wrócili na trybuny, wrócili też pajace. To już trzeci incydent z udziałem publiczności w tych play-offs. Tym razem konsekwencje to nie tylko dożywotni ban ze strony hali i NBA, ale także zarzuty karne.


https://twitter.com/ClutchPointsApp/status/1399531066063421442?s=19


https://twitter.com/PompeyOnSixers/status/1399530857266823171?s=19