Nie udał się koszykarzom Philadelphii powrót na parkiet po ponad 4-miesięcznej przerwie. W meczu przeciwko osłabionym Pacers ponieśli porażkę 127-121.

Początek nie zapowiadał, że to spotkanie może zakończyć się w ten sposób. Zawodnicy Sixers w łatwo zdobywali punkty, bez problemu przedzierając się pod kosz rywala i nie pozwalając jednocześnie na proste akcje po swojej stronie parkietu. Sprawy przybrały inny obrót po przerwie na żądanie i pierwszych zmianach. Joel Embiid po dobrej grze usiadł na ławkę, a w jego miejsce pojawił się Al Horford. Od tego momentu Pacers zaczęli łapać wiatr w żagle. Odpalił T.J. Warren, który bez 2 zdań był bohaterem tego wieczoru zaliczając w samej pierwszej kwarcie 19 pkt. Bardzo dobrą zmianę dał inny TJ – McConnell – który w swoim stylu z masą pozytywnej energii uprzykrzał życie przeciwnikom, wymuszał straty, zabierał piłkę, a kiedy mógł albo obsługiwał kolegów podaniami albo posyłał piłkę wprost do obręczy. Sixers byli bardzo zagubieni, Shake Milton, Furkan Korkmaz, Josh Richardson byli zupełnie bezproduktywni. Pierwszy łapał faule na szybkich graczach Pacers, drugi wcielił się w 100% w role snajpera, którym rzekomo jest, z marnym jednak skutkiem, Richardson natomiast był mocno niewidoczny.

W drugiej kwarcie Sixers zaczęli grać swoją koszykówkę, Joel dominował pod koszem, świetnie wykorzystywał przewagę fizyczną, a bardzo dobrą zmianę dał Burks, który dostarczał szybkich punktów zza łuku. Po 4 minutach drugiej kwarty i punktach Simmonsa Sixers odzyskali prowadzenie 42-40. Nie trwało to jednak długo, gdyż dobrze dysponowany tego wieczoru Aaron Holiday już na niespełna 6 minut do końca drugiej kwarty trafiając trójkę dał ponownie prowadzenie swojej drużynie 45-44. Po zejściu Embiida Al Horford nie potrafił wykorzystać swojej przewagi fizycznej mając często za przeciwnika grającego z przymusu na pozycji centra, sporo niższego – ex-filadelfijczyka -Jakarra Sampsona. Po stronie “gospodarzy” szalał natomiast rozpędzony TJ Warren, który w tej części gry dołożył kolejne 10 punktów, a Pacers wyszli na 6 punktowe prowadzenie po pierwszej połowie.

W trzeciej odsłonie role się odwróciły i to filadelfijczycy zaczęli wykorzystywać swoje przewagi, głownie za sprawą rewelacyjnego Embiida, który nie miał przeciwnika w pomalowanym, a swoje robili też Simmons i Harris. TJ Warren chwilowo stracił swoją skuteczność i Sixers wyszli na prowadzenie i zakończyli trzecią kwartę wynikiem 87-81.

Przez znaczą część czwartej kwarty oglądaliśmy wyrównana grę, jednak to Embiid i spólka wyglądali lepiej i nic nie zapowiadało, że sytuacja się odwróci. Niestety. TJ Warren, który napsuł tyle krwi Sixers w pierwszej połowie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i zaczął trafiać raz za razem z każdego miejsca na parkiecie, wspierał go dzielnie Aron Holiday.  Każda udana akcja Sixers, znajdowała odpowiedź w jeszcze lepszej akcji TJ-a, który nie pozwolił przeciwnikom wyrwać wygranej. Nadzieja pojawiła się jeszcze w samej końcówce, kiedy to po przechwycie Embiida,  na 30 sekundach do końca za trzy punkty trafił Harris, niwelując tym samym przewagę do trzech punktów. Jednak w kolejnej akcji kropkę nad “i” postawił nie to inny tylko Warren trafiając z około 9 metrów i przypieczętowując tym samym wygraną swojej drużyny.

Najlepsze zawody w Sixers rozegrał Joel Embiid, który była autorem aż 41 pkt., 21 zb., 4 as., i 3 bloków. Obok Embiida bardzo dobre zawody rozegrali Tobias Harris, który zdobył 30 pkt. i 8 zb. oraz Ben Simmons autor 19 pkt. i 13 zb. Na drugim biegunie wymieniłbym wspomnianą już trójkę Milton, Korkmaz i Richardson.

W Pacers oprócz  Warrena, który rozegrał najlepszy mecz w karierze zdobywając 53 pkt na wyróżnienie zasługuje dobra gra Arona Holidaya (15 pkt. i 10 as.), Victora Oladipo (15 pkt. i 7 zb.) oraz oczywście TJ-a McConnela, który zdobył 10 pkt., 8 as. i 2 przechw.

Po długim oczekiwaniu i ku radości kibiców na całym świecie NBA wznowiło rozgrywki, niestety dla kibiców Sixers powróciły również stare demony. Sixers przegrali mecz, który powinni wygrać chcąc myśleć o ugraniu czegokolwiek w tym sezonie. Niestety, głupie straty (21 strat Sixers przy 10 Pacers), brak konsekwencji, czy nie do końca przemyślane zmiany – wszystko to złożyło się na nieciekawy obraz gry Sixers w tym meczu i zasłużoną przegraną. Meczu nie udało się wygrać pomimo znacznej przewagi na tablicach (55-34 w zbiórkach). To dopiero pierwszy mecz po przerwie, część graczy może być jeszcze lekko zardzewiałych, jednak mam wrażenie, że ten zespół pod przywództwem Bretta Browna wali głową w sufit i mam nadzieję, że będzie to jego ostatni sezon z tą drużyną, nawet jeżeli wygrają mistrzostwo.

Kolejne spotkanie już w poniedziałek przeciwko mającym ujemny bilans Spurs.