Pistons – Sixers 86:97

Philadelphia 76ers odniosła pierwszą w sezonie wygraną. Do tego osiągnięcia potrzebowała czterech rozegranych spotkań i wycieczki do Detroit, gdzie od początku do końca prowadziła, chociaż nie obyło się bez nerwów i emocji. Znakomite występy zanotowali Joel Embiid (30 punktów – 11/15 z gry, 9 zbiórek, 2 przechwyty – straty przemilczymy) oraz Ben Simmons (21 punktów, 12 zbiórek, 10 asyst, czyli pierwsze w karierze oraz pierwsze w otwartej w tym sezonie hali Little Caesars Arena triple-double).

Sixers zaczęli mecz skupieni i momentalnie przejęli inicjatywę, rozpoczynając grę od 7-0. Tą część meczu świetne oglądało się rzez kilka kolejnych minut, aż zaczęli ją psuć Amir Johnson i Markelle Fultz po wejściu w roli zamienników, jak również sędziowie którzy przypomnieli sobie, że mogą popsuć każdy mecz niepotrzebnymi gwizdkami, jeśli tylko chcą. Ostatecznie dzięki kapitalnej grze Simmonsa (aż 9 punktów) i trójce Embiida tuż przed syreną, goście okazali się lepsi 31-22.

W drugiej kwarcie dobra passa Sixers trwała nadal. Po udanych akcjach Sarica i Embiida oraz po trójce Baylessa, ich zespół odjechał na ponad 20 punktów (51-30). Po wziętym czasie Pistons zaczęli grać lepiej, a Sixers odwrotnie (niepotrzebne straty, próba za trzy Johnsona, niedolot Baylessa w finałowej akcji). Do szatni filadelfijczycy schodzili prowadząc 56-43.

Po zmianie połów rozszalał się Embiid, ale Pistons nie składali broni. Egzekucja Sixers z czasem stawała się coraz mniej skuteczna, a Pistons cierpliwie odrabiali swoje straty, które zmalały do 9 oczek. Po dwóch udanych akcjach z rządu Simmonsa (dogranie pod sam kosz do Embiida, efektowny wsad z wejścia) Sixers odzyskali na chwilę kontrolę nad wynikiem. Tą kartę wygrali jednak gospodarze, którzy przed finałową kwartą przegrywali już tylko 8 punktami (67-75).

Pistons kontynuowali dobrą grę również na początku ostatniej ćwiartki. Wydawało się, że remis jest tylko kwestią czasu. Ale przy 6 punktach przewagi Simmons zaczął znowu udzielać się w ataku, a do zdobywania punktów włączył się też Covington i na niespełna 5 minut przed końcem przewaga Sixers znowu była dwucyfrowa (90-80). Do końca meczu “Tłoki” jeszcze nacierały, ale zabrakło im pary w silnikach na duet Embiid – Simmons. To oni ostatecznie zapewnili Sixers wygraną kluczową akcją na 74 sekundy przed syreną, która dała Kameruńczykowi łatwe punkty spod kosza, a Australijczykowi zapewniła triple-double. Dodajmy do tego, że to Philadelphia rzuciła ostatnie 7 punktów tego spotkania.

Znowu ze słabej strony pokazał się Markelle Fultz, który wyglądał na przestraszonego i zagubionego na parkiecie, częściej oddając piłki, niż decydując się na przeprowadzenie akcji. Amir Johnson również zagrał podobnie, jak w poprzednich spotkaniach (walczył za to o zbiórki), a Dario Saric mimo kilku przebłysków, wciąż nie odnalazł skuteczności. Z plusów (poza genialnymi Embiidem i Simmonsem) można wymienić zdecydowanie mądrzejszą i spokojną grę, większe zaangażowanie, lepsze dzielenie się piłką, bardziej przemyślane rzuty za trzy i pomysł na ofensywę i wykorzystywanie błędów rywali. Można się jednak zastanawiać, na ile to Sixers zanotowali postęp w grze i wyciągnęli błędy z trzech pierwszych porażek, a na ile wynikało to z faktu, że Pistons byli zdecydowanie najsłabszym zespołem, z jakim dotychczas przyszło im się zmierzyć.