Houston

Wczorajszej nocy Sixers zmierzyli się na wyjeździe z Rockets, którzy grali zaledwie ośmioosobowym, czyli najmniejszym dopuszczalnym składem. A że Teksańczycy są i bez tego najgorszą w tym sezonie ekipą w NBA, wynik spotkania był łatwy do przewidzenia i emocji raczej zabrakło. Phila grała jednak na pół gwizdka i trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę terminarz, w którym rozgrywa 5 spotkań w 7 dni.

Rockets rozpoczęli pojedynek dwiema kolejnymi trójkami i prowadzili dokładnie do połowy pierwszej kwarty, kiedy to po trzeciej trójce Greena z narożnika to goście objęli prowadzenie, którego nie oddali już do ostatniej syreny.

W pierwszej połowie ich przewaga sięgnęła jednak tylko 12 punktów, bo mimo dobrej ofensywy (aż 75 punktów na 57% skuteczności), defensywnie odpuszczali. Nie licząc niezawodnego Matisse Thybulle’a, który w 9 minut zaliczył 3 przechwyty i 2 bloki!

Po przerwie niewiele zmieniło się w obrazie gry. Pod koniec trzeciej kwarty za sprawą Embiida i Harrisa przewaga sięgnęła wreszcie 20 punktów i resztę meczu dograła już w pełni ławka rezerwowych.

Największy punktowy udział w wygranej mieli Joel Embiid (34/12 w 24 minuty gry) oraz Shake Milton (19 punktów w 23 minuty). Po stronie pokonanych muszę pochwalić Kelly’ego Olynyka (27/11/8), bez którego Rockets czekałby prawdziwy pogrom. Jednak cała drużyna z Houston zasługuje na respekt za walkę, którą stoczyli w drugiej połowie zaledwie w szóstkę, kiedy kontuzjowany został Porter Jr, a Augustin był na ławce tylko dla formalności.

Dzięki szóstej wygranej z rzędu (najdłuższa obecnie seria w NBA) Philadelphia 76ers ma już przewagę 2 spotkań nad drugimi w tabeli Brooklyn Nets. Przy sześciu meczach pozostałych do końca rozgrywek można mieć nadzieję na utrzymanie pozycji lidera i przewagę własnego parkietu we wszystkich rundach play-offs.