New-Orleans

Pomimo, że gracze z Nowego Orleanu musieli radzić sobie tego wieczora, bez trzech podstawowych graczy: Zion’a Williamson’a, Steven’a Adams’a i Brandon’a Ingram’a, to spotkanie okazało się wcale nie takie lekkie dla gospodarzy. Nic jednak początkowo na to nie wskazywało. Już po kilku minutach gry ekipa z Embid’em na czele wyrobiła sobie kilkunastopunktowe prowadzenie, które w lekkimi wahaniami podczas okresów, gdzie grali rezerwowi, utrzymywała przez prawie trzy kwarty. W połowie drugiej ćwiartki Pels zbliżyli się na zaledwie dwa oczka, ale powrót starterów na boisko, spowodował błyskawiczne uciszenie ich zapędów i siedemnastopunktową różnicę, co wydawało się, że może już zamknąć historię tego spotkania.

Tak jednak nie było, w trudny do zrozumienia sposób znowu Sixers kompletnie odpuszczają, czy też już nie doważą od końcówki trzeciej kwarty, co stwarza okazję dla rywali. Osłabione Pelikany nie dość, że odrobili straty, to jeszcze w ostatniej ćwiartce wyszli na prowadzenie siedmioma punktami w jej połowie! Jedynym co pozostało na ratunek Rivers’owi, było wystawienie na parkiet pierwszej piątki już do momentu uruchomienia końcowej syreny i to na szczęście dało efekty. Udało się odrobić straty i w ostatnich sekundach wyjść na dwupunktowe prowadzenie. Goście mieli jednak jeszcze szansę w ostatniej akcji nawet na wygranie meczu, jednak piłkę zgubił Hernangomez i pogrzebał ich wszystkie nadzieje.

Bardzo cenne zwycięstwo, bo znowu odjeżdżamy Nets, ale też okupione dużymi nerwami i eksploatacją podstawowych graczy przez ponad 30 minut. Ciężko stwierdzić co powoduje wyraźne problemy z końcówkami spotkań w ostatnich dniach. Czy to zmęczenie sezonem, czy może jakiś brak koncentracji i zbytnie rozluźnienie? Miejmy nadzieję, że do play-offs uda się z tym uporać.