Sixers – Blazers 115:130

Osłabieni brakiem swojego lidera – Joela Embiida – zawodnicy Philadelphii 76ers zmierzyli się w sobotę z czwartą ekipą zachodu – Portland Trailblazers.  Miał być to pojedynek dwóch równorzędnych drużyn walczących o jak najlepszą lokatę przed zbliżającymi się wielkimi krokami Play-Offs. Niestety, nie mogliśmy być świadkami takiego widowiska, gdyż mecz był jednostronny, a Sixers nie wyglądali jak drużyna z szansą na 3. pozycję na wschodzie.

Zawodnicy gospodarzy zaczęli dobrze prowadząc po 4 minutach 10 do 4, jednak wtedy do roboty wzięli się gracze z Portland – trafiali Nurkić, Lilard i McCollum, a na tablicy po 6 minutach gry widniał remis 12:12 i widać było, że Blazers łapią swój rytm, czego nie można było powiedzieć o dosyć chaotycznie grających Sixers. Ostatecznie po pierwszych 12 minutach wygrywali goście 27:25.

W drugiej kwarcie gospodarze zaczęli grać nieco lepiej, dobrą zmianę dał T.J. McConnell, Butler był aktywny, trafiał z gry i z linii rzutów wolnych, jednak Blazers głównie za sprawą widocznej przewagi pod koszem, gdzie zarówno Nurkić i Kanter dominowali fizycznie nad naszymi środkowymi, nie pozwalając Sixers budować przewagi. W drugiej kwarcie o swoich atutach przypomniał Tobias Harris, który trafiał z dystansu, linii rzutów wolnych i odważnie wchodził pod kosz, co pozwoliło Sixers odskoczyć na 6 pkt i prowadzić 47:41. Phila jednak nie potrafiła wykorzystać tego momentu by uciec na bezpieczny dystans i utrzymać przewagę. Blazers dalej dominowali w pomalowanym, a ich zbiórki ofensywne, które goście zamieniali w punkty, okazały się zabójcze dla osłabionych Sixers. Ostatecznie kwartę wygrali zawodnicy Portland 32:31 i na przerwę schodzili wygrywając 59:56.

Wydawało się, że wynik meczu dalej pozostaje otwarty i będzie walka do ostatniego gwizdka, jednak to, co ujrzeliśmy w 3. kwarcie spotkania, to już równia pochyła w wykonaniu Szóstek. Zawodnicy gości dalej grali swoje, trafiali z dystansu, dominowali pod koszem i narzucili swój styl gry, a Sixers starali się jedynie indywidualnymi akcjami utrzymać się na powierzchni. Próby te jednak w większości były nieskuteczne. JJ Redick, podobnie jak przed całą pierwszą połowę, nie potrafił trafić i był cieniem samego siebie. Zniknął gdzieś Butler, zagubiony w tym meczu Marjanovic siedział na ławce, a Mike Scott nie był w stanie przeciwstawić się skutecznie większym i silniejszym Kanterowi i Nurkicowi. Robili co mogli Simmons i Harris, ale to już było jak walenie głową w mur, bo Blazers dalej grali swoje i budowali przewagę. Ostatecznie po trzech kwartach wygrywali 100:82.

W czwartej kwarcie obraz gry niewiele się zmienił, co prawda Sixers wygrali ją trzema punktami, ale nie miało to już większego znaczenia, gdyż widać było, że zawodnicy Blazers kontrolują wynik i zwycięstwa już nie oddadzą. 130:115  dla przyjezdnych Blazers to ostateczny wynik spotkania. 19-7 i 59-33 to statystyki, które obrazują, jak Blazers zdeklasowali Sixers pod koszem. Pierwsza to zbiórki ofensywne, druga to suma zbiórek w całym meczu.

Dobrego o grze Sixers nie można powiedzieć wiele. Zupełnie nie wyglądali na drużynę, która posiada takie nazwiska jak Butler czy Harris w swoim rosterze. Brak Joela był bardzo widoczny nie tylko w obronie (wydaje mi się, że skuteczność JJ-a to też poniekąd efekt braku JoJo, z którym się dobrze rozumie i który kreuje mu sporo miejsca do rzutu zasłonami, czy samą swoją obecnością), ale czy wszystko można usprawiedliwić jego brakiem? Moim zdaniem nie. Sixers wczoraj nie byli drużyną. Każdy dorzucił swoje, ale w moim przekonaniu robili to jako zupełnie oddzielne tryby nie będące częścią całego mechanizmu.

Joel Embiid według doniesień ma opuścić jeszcze jeden mecz. Miejmy nadzieję, że szybko wróci, bo widać, że jego brak to dziura nie do załatania. Kolejny mecz w poniedziałek przeciwko New Orleans Pelicans.

Statystyki do meczu:

https://watch.nba.com/game/20190223/PORPHI