Chicago

W obliczu absencji Simmons’a i Embiid’a, trenerowi Sixers przyszło wystawić do boju przedziwną pierwszą piątkę: Thybulle, Harris, Bradley, Green i Curry. Do składu gospodarzy powrócili za to Markkanen i Porter Jr, więc zwycięstwo w Chicago wydawało się niełatwym zadaniem.

Pomimo osłabienia Philadelphijczycy naprawdę nieźle weszli w to spotkanie, w ataku dobrze spisywał się młody center, a Matisse niesamowicie uprzykrzał życie gwieździe gospodarzy – Zach’owi LaVine. Przewaga Szóstek z początku nieśmiała, na koniec kwarty oscylowała już w okolicach dwucyfrowych i tak ostatecznie po 12 minutach mieliśmy wynik 23:30.

Początek drugiej kwarty był równie obiecujący, przewaga jeszcze wzrosła, ale wtedy gospodarze zaczęli trafiać zza łuku i momentalnie zbliżyli się na dwa punkty w połowie ćwiartki. Kolejne trzy trójki w ciągu dwóch minut dały im już remis. Sixers udało się jednak w krytycznym momencie odeprzeć napór rywali i po kilku akcjach znowu zyskaliśmy komfort kilku oczek przewagi, a do szatni schodziliśmy z wynikiem – 57:64.

Po powrocie na parkiet Sixers wyglądali podobnie jak na samym początku spotkania, udało się jeszcze powiększyć przewagę, znowu świetnie wyglądał blokujący, przejmujący i rzucający Bradley. Gospodarze pomimo prób nie byli wstanie nawet zejść do jednopunktowej straty, przez co na ich twarzach coraz częściej widniało zdenerwowanie i frustracja.

Ostatni akt spotkania w Wietrznym Mieście otwieraliśmy prowadząc 85:97. Po niecałych dwóch minutach przewaga wynosiła już ponad 20 punktów. Świetne wejście zaliczył Korkmaz zaliczając dwie akcje 2+1, a cała drużyna przeprowadziła licząc jeszcze końcówkę poprzedniej kwarty, serię 13:0. Kompletnie miażdżyliśmy Byki pod tablicą, gdzie pomimo braku Embiid’a zdobyliśmy dwa razy więcej punktów. Gdy na zegarze pozostało nieco ponad cztery minuty, gospodarze dali sobie już spokój i dali pograć głębokiej ławce, co zamknęło mecz.

Muszę przyznać, że zapewne tak jak i większość kibiców Sixers, podchodziłem do tego spotkania bez jakichkolwiek oczekiwań. Mecze bez jednego z liderów są dla nas udręką, a co dopiero gdy zabrakło obydwu all-starów. Drużyna zareagowała jednak na to osłabienie znakomicie. Każdy gracz pokazał basket na solidnym poziomie, widać było przez cały mecz skupienie i jedność podopiecznych Rivers’a. Gdy zobaczyłem zestawienie pierwszej piątki, aż się przeraziłem, a tymczasem zarówno Bradley, jak i Thybulle zagrali świetnie, do tego z ławki błyszczał Howard zaliczając najlepszą zdobycz punktową w sezonie. Tak trzymać, a może jednak obronimy lidera przed wciąż zbrojącymi się Nets.