Washington

Sixers nie wygrali w stolicy USA od listopada 2013 roku (sic!), ale chyba nikt ich o tym nie poinformował, bo mimo nieobecności Simmonsa od pierwszych minut grali pewnie, skutecznie i bez żadnych problemów wywieźli z Waszyngtony zwycięstwo. Czwarte z rzędu w ostatnich meczach, ale niestety okupione nieciekawą kontuzją Joela Embiida.

Już od pierwszej kwarty goście grali jak z nut. Skuteczny, zbilansowany atak i rewelacyjna obrona wygrały tą ćwiartkę 32-15. Jak dobra to była obrona niech potwierdzi fakt, że gospodarze rzucali na zaledwie 26% skuteczności, popełniając 6 strat (w tym trzy przechwyty Thybulle’a, dwa zakończone wsadami z kontry). Czy to naprawdę Sixers grający na wyjeździe? W drugiej odsłonie Wizards znaleźli już swoją grę, ale i tak nie potrafili zbliżyć się do świetnie rzucających Sixers (50% skuteczności w pierwszej połowie) na więcej niż 10 punktów. Po dwóch kwartach 60-50.

Po zmianie połów Sixers wrócili do narzucania tempa gry z początku meczu, czemu gospodarze znowu nie mogli sprostać. W połowie kwarty prowadzenie wynosiło już 20 punktów, kiedy stało się to:


Bolesna kontuzja Embiid nie wybiła z rytmu jego kolegów, wręcz odwrotnie. W pewnym momencie aż żal było patrzeć na nieporadność Wizards, którzy wyglądali nawet gorzej niż Bulls w ostatnim meczu przeciwko Sixers. Na 4 minuty przed końcem meczu przegrywali już nawet 32 punktami, resztę dograły więc głębokie rezerwy.

Jednak tak naprawdę ciężko mi było się z tego cieszyć w sytuacji urazu “Biida”. Pierwsze spekukacje mówią o 2-4 opuszczonych tygodniach gry, ale na wyrok, jak to trafnie określiliście w komentarzach, trzeba poczekać do momentu ogłoszenia wyników prześwietlenia. Miejmy nadzieje, że wyglądało to gorzej niż było w rzeczywistości, a powracający na kolejne spotkanie Ben Simmons stanie teraz na wysokości zadania.

Statystyki: Embiid (23 punkty, 7 zbiórek, 2 bloki), Milton i Korkmaz (po 18 punktów), Curry i Harris (po 14 punktów).