Boston

Drugie starcie z rzędu przeciwko Celtom, tym razem już z Sethem Curry’m w składzie. To właśnie on wraz Joelem napędzali Sixers na początku spotkania. Centra zatrzymać były wstanie dopiero dwa złapane akcja po akcji przewinienia. Gości w kontakcie utrzymywał Walker. Nieprzyjemne wydarzenie miało miejsce na trzy minuty przed końcem pierwszej kwarty. Przy próbie obrony Brown upadł na nogę Payton’a Pritchard’a, pierwszoroczniak musiał udać się do szatni z podejrzeniem urazu kolana. Kontuzją rywala najwyraźniej przejął się Howard, który w następnych trzech posiadaniach gospodarzy popełnił dwa przewinienia przy stawianiu zasłony i raz stracił piłkę, co pozwoliło Celtics wyjść na prowadzenie 25:33.

Od początku drugiej kwarty Sixers naprawdę dobrze wyglądali w obronie pozwalając rywalom zdobyć przez sześć minut jedynie cztery punkty. Problemem były jednak straty i własna nieskuteczność, co nie pozwalało na odrobienie strat. Do wyrównania udało się doprowadzić ostatecznie dopiero na niecałą minutę do końca pierwszej połowy meczu, która i tak zakończyła się trzypunktowym prowadzeniem Bostonu 49:52. Na półmetku rywalizacji Simmons miał na koncie 2 punkty, a Green 3.

Wraz z powrotem na boisko Sixers wrócili ostatecznie na prowadzenie dzięki trójkom Embiid’a i Harrisa. Nie udało się jednak pójść za ciosem, wynik oscylował w okolicach remisu przez prawie 7 minut. Wtedy sygnał do ataku dał nie kto inny jak Joel Embiid. Kameruńczyka było wszędzie pełno, nieco uaktywnił się tez Simmons, co pozwoliło odskoczyć na kilka oczek. Wejście na boisko zmienników jeszcze polepszyło sytuację, trafienia Korkmaz’a i Harris’a zza łuku, świetna obrona Thybulle’a  spowodowały przewagę na koniec trzeciej ćwiartki 91:80.

Gdy w połowie ostatniej odsłony meczu gospodarze wciąż trzymali rywali na dystans wydawało się, że może się już tutaj nic więcej nie wydarzyć. Momentalnie jednak Boston zmniejszył straty do 5 oczek i Rivers był zmuszony brać przerwę na żądanie. Ta niewiele dała, chwilę potem przewaga stopniała do 3 oczek. W tym momencie stało się coś, czego chyba nie spodziewał się nikt oglądający to spotkanie. Ben Simmons, niewidoczny przez cały mecz, mający na koncie 6 punktów, przeprowadza akcję 2+1, chwilę później zalicza steal i łatwe punkty z kontry. Na zegarze pozostawały 4 minuty (108:100). Kolejna akcja i asysta Bena do Harrisa za trzy, można złapać oddech, lecz Australijczyk się nie zatrzymuje i zaraz dodaje kolejne punkty. Gra skończona, na koniec mamy 122:110.

Muszę przyznać, że jeszcze na początku ostatniej kwarty myślałem, że następnego dnia sekcja komentarzy będzie kolejny raz miejscem grillowania Simmonsa i szukania ewentualnych wymian. Trzeba jednak mu oddać, w momencie największego kryzysu, gdy wydawało się, że Boston ma już nas na widelcu, to właśnie Ben był pierwszoplanową postacią kolejnych akcji, które pozwoliły dopisać sobie kolejne W. Dajmy więc sobie dzisiaj na wstrzymanie i cieszmy się z pokonania odwiecznego rywala ;)