Sixers – Celtics 87:105

Kilka miesięcy oczekiwania i w końcu doczekaliśmy się naszej kochanej NBA!

Na mecz wyszliśmy w składzie: Ben Simmons, Markelle Fultz, Robert Covington, Dario Saric oraz Joel Embiid. Pierwsze minuty pokazały, jak duże nerwy towarzyszą meczom otwarcia. Gra bardziej przypominała mecz NCAA niż NBA, momentami naprawdę zabawnie to wyglądało. Po kilku minutach okrzepnięcia gra nabrała płynności, a zawodnicy zaczęli pokazywać dlaczego grają w najlepszej lidze świata. Dobry początek zanotowali Sarić oraz Tatum, a Boston wyszedł na kilku punktowe prowadzenie, które pod koniec kwarty udało się odrobić głównie za sprawą Simmonsa. Raz wyszedł w górę i próbował pokazać nad czym pracował całe lato, jednak większość jego dobrej gry dalej polega na atletyczności i przewagach, które posiada. Teraz wydaje się jednak jeszcze bardziej sprawny i jeszcze bardziej pewny siebie. Kwarta kończy się wynikiem 21:21

Druga ćwiartkę rozpoczęliśmy bardzo źle, Boston nabrał wiatru w żagle i głównie za sprawą Haywarda przeprowadził run 9:0, który przerwał dopiero jumpshot Fultza. Gra w końcu się zazębiła i rzuty trochę częściej zaczęły wpadać. Zarysowała się bardzo duża przewaga Sixers w trumnie, jednak spora ilość strat i paskudna skuteczność w rzutach za 3 niweczyły wszelkie próby odskoczenia Celtom. Widać niestety, że słusznie martwiliśmy się o problemy strzeleckie. Warto odnotować 5 punktów Fultza, który wygląda na trochę zagubionego, jednak pokazuje, że naprawdę przepracował całe lato na rzutach. Osobiste już wyglądają normalnie. Do przerwy przegrywaliśmy 47:42, mimo fatalnej połowy Irvinga, który miał 0/8 z gry.

Trzecia kwarta zapowiadała się bardzo źle. Kolejny faul złapał Saric, który musiał siadać na ławce i nie potrafił złapać potrzebnego rytmu. Rzuty w dalszym ciągu nie chciały wpadać, a Boston, jak to Boston, punktował niczym doświadczony bokser. Przewaga w pewnym momencie sięgnęła 14 punktów i dopiero przebudzenie Covingtona i jego dwie trójki zmniejszyły deficyt. Gdy doszliśmy już na 2 punkty, Brown zaczął rotować składem pod koniec kwarty i tak na parkiecie biegała piątka: TJ, Fultz, Shamet, Covington oraz Johnson. Ta mieszanka nie mogła dać nic dobrego i kolejny raz Boston odskoczył na +10 punktów. Shamet raczej będzie wchodził w skórę Redicka, zagrywki są granę identycznie pod tych dwóch zawodników, aczkolwiek minie bardzo dużo czasu, zanim będą realizowane z takim samym efektem. Pozytyw tej kwarty? Ograniczenie liczby strat do tylko dwóch. Wynik 77:66

Najważniejsza część meczu nie mogła się zacząć gorzej – Brown zdobył szybkie 5 punktów i przewaga Celtics jeszcze bardziej wzrosła. Baynes rzucał za trzy, wymuszał faule Embiida, zbierał w ataku, robił wiele pozytywnych rzeczy, które pogrążały naszą grę. Coach Brown przez 3 minuty dwukrotnie musiał brać time-out, żeby wybijać przeciwników z rytmu. Boston jednak grał perfekcyjną koszykówkę, strata naszej drużyny wynosiła prawie 20 oczek! Ambicja nie pozwalała odpuścić i na 4,5 minuty przed końcem spotkania do odrobienia było 9 oczek. Sixers w obronie przekazywali krycie, często Joel w ten sposób zostawał zmuszany do krycia dużo niższych zawodników. Starał się pracować na nogach i nie dać mijać, mimo wszystko generowało to przeciwnikom dużo wolnych pozycji. Na nasze nieszczęście, wszystkie ważne rzuty gracze Celtics zamieniali na punkty. Do końca meczu ich zwycięstwo nie zostało już poddane dyskusji i nie udało nam się zrewanżować za play-offs. Starcie tych dwóch ekip będzie w dłuższej perspektywie smaczkiem na wschodzie, widać po prostu, że drużyny za sobą nie przepadają.

Nie tak wyobrażaliśmy sobie rozpoczęcie sezonu, był to jednak dopiero pierwszy mecz, a przeciwnik naprawdę najgorszy z możliwych. Gdybym miał wybrać najtrudniejszy scenariusz na otwarcie, to właśnie Celtics do tego w TD Garden. Czy to spotkanie dało nam jakiś odpowiedzi? Moim zdaniem za wcześnie na to. Na wyróżnienie zasługuje Ben Simmons, który jako jedyny nie pękał i ze wszystkich sił starał się przeciwstawić przeciwnikom. Spotkanie zakończył z linijką: 19 punktów, 15 zbiórek, 8 asyst, a do tego 4 przechwyty i 2 bloki. Embiid mimo double-double 23/10, dał się zdominować mentalnie i zabrakło jego w postaci lidera.

Kolejny mecz z czwartku na piątek z Chicago Bulls, liczymy na pierwsze zwycięstwo!