LAC

Fantastyczna pierwsza połowa, kryzys w trzeciej kwarcie i stopniowe odzyskiwanie kontroli w finałowych minutach gry. A na deser kibice buczący na swoich zawodników w trzeciej kwarcie i skandujący “M-V-P” w stronę Joela Embiida w czwartej. Tak w skrócie wyglądał pojedynek z LA Clippers, po którym Philadelphia 76ers wróciła do dodatniego bilansu zwycięstw i porażek (5-4). 

 

Spotkanie zaczęło się spokojnie, po obu stronach oglądaliśmy wolną, statyczną i dosyć skuteczną koszykówkę, którą swoimi gwizdkami uprzykrzali tylko sędziowie. Po trójkach Covingtona i Embiida gospodarze wyszli na prowadzenie 12-4. Clippers wzięli czas, po którym dogonili rywali, po czym Sixers za sprawą serii 9-2 ponownie im uciekli. Końcówka kwarty należała jednak do gości, którzy wykorzystując słabszą obronę i błędy Muscali wciąż przegrywali, ale odrobili stratę do zaledwie czterech oczek (34-30). W tej części gry świetnie grał Embiid, który nie mając pod koszem godnego dla siebie rywala robił co chciał (12 punktów – 5/7 z gry) oraz dający dobrą zmianę Shamet (6 punktów – 2/3 za trzy).

W drugiej odsłonie “Proces” kontynuował swoje show, mimo krwawiącego od uderzenia nosa. To pomogło Sixers wypracować większą przewagę, ale tym razem Clippers nie mieli już na nią odpowiedzi (ponad 3.5 minuty bez punktów z gry). Na 4.25 minuty przed końcem po rzutach z dystansu Redicka, efektywnych podaniach Simmonsa i kolejnej trójce Shameta, przewaga Sixers sięgnęła ponad 20 oczek (65-43). Pierwsza połowa zakończyła się niezwykle łatwym zwycięstwem gospodarzy 72-52.

Cokolwiek gracze LAC usłyszeli w szatni, okazało się to skuteczne. Po dwóch szybkich akcjach ich strata zmalała do 11 punktów, w tym czasie Sixers pudłowali i popełniali błędy. Przerwa dla Bretta Browna nie pomogła, jego podopieczni w dalszym ciągu sprawiali wrażenie, jakby stracili całą zimną krew. Ich ofensywa oraz brak pomysłu na grę przyprawiały o ból głowy. Po 7 minutach gry na tablicy widniał już remis po tym, jak Clippers popisali się serią 21-6, a Sixers trafili tylko 3 z 13 rzutów. Publiczność zgromadzona na trybunach zaczęła buczeć. Sixers jednak zakończyli trzecią kwartę na plusie, za sprawą… tak, miło mi napisać, że za sprawą powracającego z ławki Markelle Fultza, który pod nieobecność Simmonsa zajął się rozgrywaniem. Trzy kolejne wejścia Fultza pod kosz zakończone punktami i asysta do Muscali zakończona efektowną akcją 3+1 sprawiły, że na sam koniec kwarty Sixers odrobili 4-punktową stratę i prowadzili 90-86!

Sixers złapali wiatr w żagle, niecałe 2 minuty po rozpoczęciu finałowej ćwiartki prowadzili już 99-88 dzięki fenomenalnej defensywie (trzy akcje Clippers z rzędu zatrzymane blokami – Covingtona i dwukrotnie Embiida) oraz dwóm kolejnym trójkom (Redick i Covington). Clippers byli w grze tylko dzięki Lou Williamsowi, który przejął kontrolę nad swoim zespołem w podobny sposób, jak z Sixers zrobił to Fultz pod koniec trzeciej kwarty. Przez pozostałą część spotkania gra była bardzo wyrównana, jednak stopniowo, małymi kroczkami to gospodarze zaczęli zdobywać przewagę, którą utrzymali do samego końca. Kluczowe dla wyniku były cztery elementy: świetna obrona połączona z fatalną ofensywą Clippers (ponad 5 minut bez rzutu z gry!), błędy zmęczonego Lou Williamsa (dwa niedoloty i dwa błędy kroków) oraz trójka Redicka na 2.28 minuty przed końcem meczu i wsad Embiida na 1.39 minuty przed ostatnią syreną.

 

Na największe wyróżnienie zasługuje Joel Embiid, który w trzeciej kwarcie pudłował wprawdzie rzut za rzutem, ale w pozostałych był bezbłędny. Embiid po raz drugi w karierze przekroczył granicę 40 punktów, kończąc mecz z dorobkiem 41 punktów, 13 zbiórek, 4 bloków oraz skutecznością 16/32 z gry. Zwycięstwo nie byłoby jednak możliwe bez świetnie grających Markelle Fultza (12 punktów, 9 zbiórek i 5 asyst w 21 minut gry) oraz Landry Shameta w pierwszej połowie (13 punktów – 3/6 za trzy) i J.J. Redicka w drugiej (18 punktów – 3/6 za trzy). Na słowa krytyki zasługuje Dario Saric, który jak wiemy regularnie ma słabsze początki rozgrywek, ale nawet biorąc to pod uwagę, tym razem był cieniem samego siebie i zaliczył 5 punktów (1/8 z gry) oraz kilka zmarnowanych akcji, których na próżno szukać w statystykach.