LAC

W piątkowy wieczór, w Wells Fargo Center, obydwu drużynom przyszło grać w osłabieniu. U gospodarzy zabrakło Harris’a, Curry’ego i Howard’a , Clippers natomiast musieli radzić sobie bez Beverley’a, Ibaki, Leonard’a. W składzie Sixers nieobecnych starterów zastąpili Korkmas oraz Scott i to w dużym stopniu dzięki nim świetnie udało wejść się w mecz, serią 20:3. Goście w kolejnych minutach zdołali trochę się otrząsnąć, ale dzięki dobrej obronie i dominującemu Embiid’owi, utrzymywaliśmy dwucyfrową przewagę. Problemy pojawiły się po wejściu naszej ławki, a pozostaniu na parkiecie kilku starterów Clippers. Seria 0:7 zmniejszyła nasza przewagę do 8 punktów, ale trójka Korkmaza w ostatniej akcji doprowadziła do wyniku 31:20, na początek drugiej ćwiartki.

Początek tej części meczu to próba rywalizacji naszych młodych zmienników (Maxey i Reed bardzo szybko dostali swoje szanse), ze znacznie bardziej doświadczonymi rezerwowymi Clippers, jak Rondo, czy Cousins. Ostatecznie z tego okresu wyszliśmy obronną ręką, goście niewiele odrobili, a gdy pojedynczo zaczęli wracać starterzy znowu zaczęliśmy odskakiwać. Z dobrej strony pokazał się szczególnie Maxey, który nie bał się wchodzić pod kosz nawet przy presji kończącego się czasu akcji. Do końca pierwszej połowy utrzymywaliśmy rywali na dystans i w zasadzie jedynie trzy trójki z rzędu Pattersona sprawiły, że do szatni prowadziliśmy “tylko” 12 punktami – 59:47.

Trzecią część meczu lepiej zaczęli przyjezdni, zmniejszyli straty do jednocyfrowych rozmiarów, ale na szczęście nie byli wstanie pójść o krok dalej. A tak przynajmniej mogło się wydawać, bo do ostatnich akcji trzymaliśmy się na co najmniej 6-punktowym prowadzeniu. George i jego koledzy wyglądali jednak z minuty na minutę coraz pewniej i ostatnią kwartą zaczynaliśmy prowadząc już tylko 81:77.

Już pierwsza akcją rywale zbliżyli się na jedno oczko, tej okazji na objęcie prowadzenia jednak jeszcze nie wykorzystali. Udało się odwlec ten moment jeszcze przez pięć minut. Potem mecz bardzo się wyrównał, trzymaliśmy kontakt, nawet gdy Clippers wychodzili na prowadzenie. Na 3:36 przed końcem spotkania, Milton wyprowadził nas rzutem z dystansu na 3 punktowe prowadzenie, kolejna akcja to dwa trafione osobiste Embiida. Goście wyraźnie zostali wybici z rytmu, przestali trafiać za trzy i łatwo tracili piłkę w ataku. Gdy na 47 sekund przed końcową syreną prowadziliśmy 6 oczkami, wydawało się, że to już zamyka spotkanie, jednak gracze z LA odpowiedzieli najpierw trafieniem bezpośrednio po podaniu ze wznowienia, a następnie po naszej nieudanej akcji trafili na trzy i na 20 sekund do końca meczu mieliśmy już tylko punkt przewagi. Dwa osobiste na punkty zamienił Green, ale George i spółka mieli jeszcze niecałe 10 sekund, by doprowadzić do dogrywki. Piłkę dostał Morris, jednak kryty ściśle przez Dany’ego chybił, grzebiąc szanse swojej drużyny na comeback.

Bardzo ciężkie spotkanie, widać było zawężoną ilość opcji do zdobywania punktów, tym bardziej cieszy, że udało się pokonać tak wymagającego rywala. Indywidualnie oczywiście przodował Embiid zdobywając 36 pkt i 14 zb, drugi na liście strzelców okazał się Korkmaz z 18 punktami.