Atlanta

Spotkanie rozpoczął trójką Joel Embiid, zupełnie nie kryty na dystansie. W następnej akcji Embiid wkręcił się pod kosz, a po kolejnej trójce, tym razem trafionej przez Sarica, mieliśmy już 8-0 dla gospodarzy. Niestety to była najprzyjemniejsza do oglądania część meczu. Hawks chwile później zdobyli 9 punktów z rzędu i reszta kwarty przebiegła w miarę równo, na małą tylko korzyść gości. Warto było jedynie zwrócić uwagę na świetny ruch piłki po stronie Sixers, na około dwie minuty przed końcem – dawno czegoś takiego nie widzieliśmy w Philadelphii!  Początek drugiej kwarty był jeszcze ciekawy – po raz pierwszy razem na parkiecie znaleźli się Embiid i Jahlil Okafor. Łatwego życia nie miał Dwight Howard, który nie mógł się odnaleźć, a w jednej z akcji otrzymał piękną “czapę” z pomocy od Embiida. Niestety obrona szybko zanikła, co wykorzystał najlepiej Kyle Korver (15 punktów – 6/8 z gry w pierwszej połowie). Pomysłu w ataku nie było (chociaż trener Brown próbował niskiego składu z Holmesem na pozycji centra), a kolejne nietrafione rzuty Sarica oraz nieudane i zbyt częste próby za trzy całego zespołu tylko mściły się na wyniku. Sixers w drugiej kwarcie ostatecznie trafili tylko 5 z 20 rzutów, a w całej pierwszej połowie asystowali osiem razy, przy 18 asystach rywali. Bolączką było także aż 11 strat, w wyniku czego schodzili do szatni przegrywając 39-52.

Początek trzeciej kwarty upłynął pod znakiem ostrzejszej rywalizacji pomiędzy Embiidem, a Howardem. Ten drugi wypadł nieco lepiej, ale musiał szybko opuścić parkiet po tym, jak “The Process” sprytnie wymusił na nim dwa faule. Tymczasem Hawks zaczęli seryjnie pudłować i przez ponad 5 minut nie trafili ani razu. Sixers odrobili straty z 19 do 11 punktów (co ciekawe – drugim składem), ale na więcej nie było ich stać. Końcówka kwarty należała do Hawks, a ostatnia kwarta to już zupełny popis gości i żenująco nisko poziom koszykówki granej przez Sixers, którym nawet Embiid nie pomógł. Przewaga Hawks powiększała się w zastraszającym tempie, aż urosła do ponad 30 punktów.

Największą krytykę powinni zebrać Dario Saric (5 punktów – 2/9 z gry), Robert Covington (0/5 z gry i 4 straty) oraz Gerald Henderson (0/5 z gry). Jasnych punktów było mało, wśród nich wymienić można Joela Embiida (14 punktów, 2 zbiórki i 2 bloki w 15 minut), Sergio Rodrigueza (14 punktów, 5 asyst) i Richauna Holmesa (10 punktów, 6 zbiórek). Zadebiutował Timothe Cabarrot-Luwawu, ktory wyszedl na parkiet po raz pierwszy w karierze w połowie ostatniej kwarty, ale zdobył jedynie po asyście, przechwycie i stracie.

Sixers grali jak młody, niedoświadczony i niezgrany zespół, taki jakim jest, jednak popełniali zbyt wiele szkolnych błędów i nie mieli pomysłu na grę w ataku, ani zaangażowania w obronie. Za mało dzielili się piłką, za to zbyt często ją tracili. Następny mecz dopiero we wtorek ze słabszymi Orlando Magic, więc trener Brett Brown i jego zawodnicy mają sporo czasu na wyciągnięcie wniosków z dzisiejszej porażki.