Miami

Drugi z rzędu pojedynek przeciwko “Żarom” z Miami. Do składu, po pandemicznym zamieszaniu powracają kolejni gracze, w składzie Doca Rivers’a brakuje już w zasadzie tylko Setha Curry’ego, który wygląda na to, że jako jedyny otrzymał pozytywny wynik testów. Tak różowo nie było u dzisiejszych rywali, którzy w dalszym ciągu nie mogą korzystać z usług min. Butlera, Dragica i Adebayo.

Od początku jednak to właśnie zmiennicy podstawowych graczy dyktowali warunki. W czerwonym trykocie szalał Maxey zastępujący wspomnianego wcześniej Curry’ego w pierwszej piątce. Pierwszoroczniak trafił swoje pierwsze pierwsze pięć rzutów, z drugiej strony wyróżniał się Gabe Vincent. Ciężką przeprawę goście przygotowali dla Embiida, który od startu gdy tylko dostawał piłkę tyłem do kosza był szybko podwajany, a nawet potrajany. W okolicy 3-4 minut do końca kwarty, przy remisowym rezultacie, Rivers jak ma to w zwyczaju wprowadził zmienników, co okazało się świetnym ruchem. Run 14-1 do końcowej syreny, skłonił mnie do przemyśleń, że wreszcie posiadamy ławkę, której nie mamy co się wstydzić i obawiać o wynik, kiedy wchodzi na parkiet. Potencjał i talent na pierwszych trzech pozycjach (Maxey, Milton, Thybulle) jest ogromny i tylko będzie wzrastał. Każdy z tych zawodników już zdążył pokazać, że może nawet z powodzeniem zastępować kogoś w pierwszej piątce. Scott gra solidnie, ciężko mu kiedykolwiek coś zarzucić, a Howard o ile nie włączy mu się tryb łapania durnych fauli, jest świetnym uzupełnieniem dla robiącej zamęt młodzieży. Pamiętać trzeba też o kontuzjowanym Korkmazie, który może nie zachwyca w obronie, ale umie rzucać zza łuku i z zawodnika, który cudem został rok temu w klubie, stał się graczem dostającym regularnie swoje minuty. Ci goście zdążyli nawet już w tym sezonie pokazać (mecz z Nets), że gdy nie idzie starterom, to oni mogą utrzymywać Sixers na powierzchni.

Właśnie to obserwowaliśmy dalej w drugiej kwarcie, gdy zmiennicy powiększali przewagę nad przyjezdnymi. Prym wiódł teraz Milton zaliczając kolejne przechwyty na zdezorientowanych graczach Miami. Po czterech minutach gry przewaga wzrosła już do 14 oczek i można było odnieść wrażenie, że sztabowi i graczom z Philadelphii cała sytuacja z covidem uleciała już z głów, przez co wrócili na właściwe tory. Pierwsza piątka po powrocie na parkiet podłapała “flow” i na koniec pierwszej połowy spotkania prowadziliśmy 73:58. Co warto odnotować, na tym etapie Joel i Ben mieli łącznie zaledwie 9 oczek, a i tak byliśmy zdecydowanie na plusie.

Trzecia odsłona spotkania przeszła w zasadzie bez historii, gospodarze powiększyli w pewnym momencie przewagę już do okolic 20 punktów (98-78 na koniec). W ostatniej ćwiartce wypompowani, grający zaledwie ośmioma zawodnikami goście nie byli wstanie jakkolwiek się postawić, toteż Sixers powoli powiększali rozmiary wygranej. Warte odnotowania – trzydzieste w karierze tripple-double (10pkt,10zb,12as) Bena Simmonsa, mniej spotkań by to osiągnąć potrzebowali jedynie Robertson i Magic. Wynik na koniec – 125:108.