LAL

Spotkanie na szczycie pomiędzy najlepszymi zespołami obu konferencji zakończyło się na korzyść Philadelphii. Wynik może mylić – mecz był twardy, pełen emocji i walki, ale to gospodarze pewnie go kontrolowali i nie pozwolili Lakers wyjść na prowadzenie aż do… 47 minuty i 48 sekundy! Sytuację naprawił Tobias Harris zwycięskim rzutem na 2.7 sekundy przed syreną. Tym samym gracze z Kalifornii przerwali serię 10 wyjazdowych zwycięstw z rzędu, jedną z sześciu najlepszych w historii NBA na rozpoczęcie sezonu.

Mecz zaczął się pomyślnie dla gospodarzy, którzy dzięki agresywnym wejściom pod kosz Simmonsa wyszli na szybkie prowadzenie. Po chwili do punktowania włączył się także Embiid (13 punktów w tej ćwiartce, 5/6 z gry) i w pewnym momencie zrobiło się 16 punktowe prowadzenie! Ostatecznie dzięki lepszej końcówce gości, w której odpoczywał Joel, kwarta zakończyła się wynikiem 34-24 i naprawdę mogła się podobać. Widzieliśmy m.in. blok Embiida na LeBronie Jamesie, dwie ładne trójki z rzędu Greena i Korkmaza a także… airball z linii rzutów wolnych Howarda, po którym Embiid w swoim stylu pokazywał, na czym polegają rzuty za jeden punkt! Joel był najwyraźniej w dobrym humorze, bo nieco później zachęcał publiczność do głośnego aplauzu, chociaż na trybunach pustki.

W drugiej kwarcie LBJ wszedł w “killer mode” i zaczął seryjnie zdobywać punkty. Lakers trzykrotnie byli blisko remisu, ale za każdym razem Sixers uciekali na więcej punktów. Embiid nie był już tak widoczny w ataku, za to odpowiedzialność za zdobywanie punktów wzięli na siebie po równo jego koledzy. Do gry wrócił Anthony Davis, odpoczywający kilkanaście minut z powodu urazu, ale gospodarze nie stracili prowadzenia i schodzili do szatni z wynikiem 55-51 i to mimo aż 22 punktów Jamesa.

W trzeciej kwarcie liderzy obu zespółów wyraźnie przystopowali. Nie licząc brutalnego faulu Jamesa na Embiidzie, który padł na parkiet z grymasem bólu lądując na części ciała, w której Ben Simmons ma rzuty z dystansu. Tymczasem co najmniej trzy razy Lakers doganiali rywali na 2-3 oczka, ale Sixers zawsze potrafili się odbić i błyskawicznie odbudować przewagę. Tak wyglądała cała kwarta.

Podobnie zaczęła się i czwarta, nie zapowiadając nerwów w końcówce. Po jednej z serii punktowych, na 7 minut przed końcem, Sixers wyszli na aż 13 punktowe prowadzenie po szczęśliwym haku Embiida.


https://twitter.com/ClutchPointsApp/status/1354628094494031878?s=19
Wydawało mi się, że Lakers zmęczeni 7-meczową serią wyjazdową, chcą już po prostu wrócić do domu, czego kwintesencją były dwa z rzędu rzuty wolne spudłowane przez LBJ. Ale już kilka minut później sytuacja diametralnie się zmieniła.

Goście zanotowali serię 13-3 (w tym trójka Caruso i dwie Caldwella-Pope’a) i na tablicy było już tylko 105-104 dla gospodarzy. W kolejnej akcji Sixers dobrze kryty Green musiał rzucać za trzy, bez powodzienia. Piłka trafiła do Jamesa, ten cierpliwie czekał na okazję, która pojawiła się, gdy Davis uciekł na zasłonie od będącego zbyt daleko na dystansie Embiida. Łatwe punkty spod kosza dały Lakers pierwsze prowadzenie, 106-105. Na tablicy 11 sekund i ostatnia akcja meczu. Piłka trafia do Harrisa, ten z wyrachowaniem wbiega w stronę kosza, zatrzymuje się i prostym (tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy widza) rzutem z odchylenia na 2.4 sek. przed syreną ustala wynik pojedynku. Uff, udało się!


LA nie mieli już przerwy do wzięcia i nie udało im się wyprowadzić piłki na swoją połowę, a desperacki rzut ostatniej szansy nie mógł wpaść do kosza.

Bohater meczu, Tobias Harris, zaliczył 22 punkty, 7 zbiórek i 3 asysty, trafiając 10 z 16 rzutów. Joel Embiid dodał 28 punktów, 6 zbiórek, 4 asysty i 2 bloki. Ben Simmons zdobył natomiast 31 w karierze, a trzecie w sezonie triple-double: 17 punktów, 11 zbiórek i 10 asyst. Po drugiej stronie najlepiej punktowali James (34) i Davis (23).

Kolejny mecz w piątek w Minnesocie.