Nie bez problemów, jednak udało się Sixers odnieść zwycięstwo w starciu z Brooklyn Nets. Mecz miał inny przebieg niż ostatnio nam znane. Przegrywaliśmy przez większość spotkania, jednak cały czas utrzymywaliśmy się na ogonie gości. Thybulle zastąpił w pierwszej piątce słabego w ostatnim czasie Scotta. Zmiana na plus, bo Matisse daje energie i tyra w obronie.

W składzie gości drugi mecz z rzędu zagrał Kyrie Irving. Zazwyczaj jego obecność oznacza słabszy mecz Dinwiddiego, jednak nie tym razem. Spencer cały mecz był motorem napędowym gości i mieliśmy z nim mnóstwo problemów. Tak naprawdę do początku czwartej kwarty, cały czas nie potrafiliśmy znaleźć recepty na przyjezdnych. Zapowiadało się na trzecią porażkę przed własną publicznością.

Wtedy zdarzyły się trzy rzeczy. Po pierwsze odpalił się Korkmaz, który trafił dwie trójki oraz dobił swój niecelny rzut osobisty. Po drugie Harris zaczął grać jak All-Star oraz gracz z maksymalnym kontraktem i był nie do zatrzymania. Po trzecie w końcu twardo i z jajami zaczęliśmy bronić. 22 do 11 w ostatnich ośmiu minutach pozwoliło zamknąć mecz i na chwilę zmazać mizerną grę w ostatnich meczach.

Osobiście chciałem pochwalić Simmonsa, od początku meczu był agresywny i wykorzystywał naturalne przewagi. Możemy narzekać na indolencję rzutową Bena, jednak nie można nie zauważać tego jak wjeżdża pod kosz. Przy dobrym matchupie, powinien co noc dominować przeciwników. Dziś w stylu Giannisa kilka razy był jednoosobowym kontratakiem.

MVP meczu trafia jednak w ręce Tobiasa Harrisa, 34 punkty oraz 10 zbiórek na świetnej skuteczności. Nie można tak częściej? Kolejny mecz zagramy w piątek u siebie z Chicago.