Indiana

Miłe złego początki. Tak chyba najlepiej można opisać w krótkim zdaniu te spotkanie. Sixers zagrali dwie połówki, pierwszą w której dominowali i grali jak lider konferencji. Druga bez energii i tak potrzebnej egzekucji. Dość powiedzieć, że łącznie w trzeciej i czwartej kwarcie zdobyliśmy 32 punkty! To oczko mniej niż w samej pierwszej kwarcie…

Gra się tak jak przeciwnik pozwala, jednak nie można sobie pozwolić na takie przestoje w grze i liczyć na wygraną. Szczególnie, że Indiana jest lepszą drużyną niż wskazuje jej bilans. Gdy nie ma Embiida zawsze tracimy, jasne jak słońce. Jednak ten mecz, pokazał jak ważny dla nas jest Milton oraz Thybulle. Shake jako energizer z pewnością dostarczyłby kilka punktów i ruszył atak, Matisse wiadomo co wnosi na parkiet…

Dobre spotkanie rozegrał Simmons, od początku agresywny, trafił nawet dwa jumpery. Zastanawia mnie jak gość, który trafia trudne fadeaway nie jest w stanie regularnie oddawać rzutów choćby z półdystansu. Harris jak zwykle gdy nie ma Joela, bierze grę na siebie. Dzisiaj ze średnim skutkiem, 27 punktów wygląda dobrze, jednak 11/24 z gry już średnio. W tym sezonie gra jak profesor, dziś tego nie pokazał.

Mimo wszystko, takie mecze trzeba wygrywać, gospodarze również grali bez ważnych postaci, więc przegrana zwyczajnie boli. Kolejny raz tracimy wysokie prowadzenie (bodajże 15 oczek w drugiej kwarcie). Do końca sezonu nam i Nets zostały po 3 mecze, trzeba to skończyć na pierwszym miejscu!