Podczas pojedynku z Toronto Raptors największym wyzwaniem dla Sixers miał być backcourt rywali: Kyle Lowry i DeMar DeRozan. Wyjściowa piątka Szóstek została bardziej ułożona przez kontuzje niż przez trenera Browna i wyglądała następująco: McConnell, Stauskas, Sampson, Grant, Okafor. Drugi mecz z rzędu z powodu kontuzji opuścił Nerlens Noel, również kontuzjowany był Richaun Holmes, co spowodowało wystawienie stosunkowo niskiej piątki, ale co ważniejsze postawiło Sixers w sytuacji posiadania jedynie 9 zdrowych zawodników (pomimo i tak rozszerzonego składu do 16 graczy przez NBA). Dotarła również do nas informacja, że Robert Covington najprawdopodobniej nie zagra w sobotę w San Antonio, co stawia Sixers w ciężkiej sytuacji przed najbliższymi dwoma meczami na wyjeździe.

Sixers tradycyjnie już, zaczęli bardzo aktywnie. Mogły się podobać zagrania każdego z zawodników Sixers obecnych na parkiecie, co odzwierciedlał wynik na tablicy. Wszystkim dowodził Okafor, który po 9 minutach gry miał już 10 punktów. Drużyna z Filadelfii rozrzucała się również za trzy, trafiali Stauskas, Canaan i Thompson. Taka forma nie mogła się skończyć inaczej, jak prowadzeniem po pierwszej kwarcie: 34-29.

Początek drugiej kwarty pozwolił gościom z Kanady dogonić Sixers. Mecz się wyrównał, w połowie tej części gry mieliśmy już 12 zmian na prowadzeniu. Po gospodarzach nie było w ogóle widać zmęczenia grą w dziewiątkę. Nadal najlepszym ofensywnie graczem Sixers spośród wyjściowej piątki był Okafor (wśród wchodzących z ławki – Canaan – 3/3 za trzy w pierwszej kwarcie ). W końcowych minutach pierwszej połowy zaczęły jednak pojawiać się straty, co znacznie ułatwiało grę rywalom. Ataki też stały się bardziej chaotyczne, w przeciwieństwie do ataków Raptors. Po 21 minutach gry Sixers tracili 6 punktów do gości, którzy mieli zaledwie 3 straty. Gospodarze jednak ciągle walczyli, nie pozwalali przyjezdnym łapać żadnych serii ani uciec na więcej oczek. Wynik do przerwy: 63-57 dla Raptors (34-23 w drugiej kwarcie).

Trzecia kwarta rozpoczęła się fatalnie dla drużyny z Filadelfii, pierwsze trzy akcje kończyły się stratami a strata szybko wzrosła do 15 punktów. Pierwsze punkty Sixers zdobyli dopiero po 270 sekundach gry (dwa wsady Granta). Co raz bardziej zaczął się uwidaczniać brak Noela pod koszem, Raptors za łatwo dochodzili do ofensywnych zbiórek. Po stronie gości szalał najstarszy na parkiecie Luis Scola (17 punktów w 8 minut drugiej połowy przy jedenastu całej drużyny Sixers), dając gościom 20 punktów przewagi. Gospodarze stracili pomysł na grę ofensywną a do tego nie mogli sobie poradzić w defensywie ze skutecznymi koszykarzami z Toronto. Przez cały mecz problemy z trafianiem miał po raz kolejny Nik Stauskas. Z meczu na mecz rozkręca się Phil Pressey, który dziś na stałe był drugą opcją na rozegraniu (Canaan jeśli grał to tylko na pozycji nr 2). Trzecia kwarta dla Raptors 33-20 (96-77).

Brett Brown do rozpoczęcia czwartej kwarty desygnował bardzo ciekawą, niską piątkę: Pressey, Canaan, Stauskas, Thompson, Grant. Skutecznością w rzutach za trzy błyszczał Thompson, który miał 12 punktów w 4 próbach. Okafor po zdobyciu 16 punktów w pierwszej połowie, w drugiej nie rzucał już tyle, trzeba jednak zauważyć, że dużo czasu spędzał na ławce. Sixers mimo najszczerszych starań nie mogli urwać chociażby kilku punktów i nawet gdy Raptors nie mogli przez prawie 5 minut trafić do kosza, ich przewaga nie zmalała poniżej 17 punktów. Niestety po raz kolejny w tym sezonie gwoździem do trumny okazała się słaba trzecia kwarta; można co prawda powiedzieć, że rywale nie starali się już tak bardzo po ucieczce na 20 punktów, jednak Sixers prezentowali się w ostatniej części gry naprawdę dobrze. Mecz kończący serię 3 spotkań na własnym parkiecie “Szóstki” przegrywają 119-103, co daje im bilans 0-8.

Toronto Raptors 119-103 Philadelphia 76ers
Okafor 26 punktów, 7 zbiórek, 4 bloki
Grant 12 punktów, 10 zbiórek
McConnell 2 punkty, 13 asyst
Thompson 19 punktów (5/6 za trzy)
Canaan 18 punktów (5/10 za trzy)