Sixers – Raptors 112:129

Bardzo ciężkie starcie zanotowaliśmy w meczu z Toronto Raptors. Kanadyjczycy są w tym roku chyba jeszcze mocniejsi niż w zeszłym, pokazali świetny basket, a nam udowodnili, że top3 wschodu nie dostanie się za sam talent posiadany w drużynie. Wiele pracy jeszcze przed naszymi zawodnikami.

Pierwsza połowa w naszym wykonaniu była bardzo słaba. Raptors pokazali dlaczego w tym sezonie są jednym z faworytów do grania nie tylko w finale wschodu, co w finale NBA. Mocna obrona, bloki, przechwyty, wszystko po bronionej stronie parkietu robili perfekcyjnie. Skutkiem tego było 14 strat do przerwy naszego zespołu, z czego sam Ben Simmons zanotował ich 7! Tak naprawdę, jedynym pozytywnym akcentem tych dwóch kwart była dobra zmiana Muscali, który wszedł w mecz trafioną trójką i do przerwy miał 8 punktów. Nie najgorzej grał Embiid, jednak lepsze wrażenie w pojedynku centrów zrobił Valanciunas, który był bardziej produktywny w mniejszym wymiarze czasowym.

Trzecia kwarta niestety nie przyniosła żadnych zmian w grze obu drużyn. Sixers nieco lepiej pilnowali piłki, udało się trafić kilka trójek, jednak nie zdawało się to na nic, gdyż przeciwnik tego dnia był bardzo mocny. Kompletnie nie radziliśmy sobie w obronie, Siakam jechał z Saricem, Leonard praktycznie z każdym kto go bronił, jedynie Covington nie był mijany w pierwsze tempo. Toronto pokazywało tego dnia miejsce w szeregu zawodnikom z Philadelphi. Strata naszego zespołu w pewnym momencie wynosiła prawie 30 punktów…zawsze bacznie przyglądam się grze Fultza i staram się opisać jego postępy, o ile w ataku widoczne są gołym okiem, dwie akcje półdystansowe ruszyły wynik dla nas, tylko problem polega na tym, że wszystko co uzyska w ataku, traci w obronie gdzie jest bezkarnie mijany. Ma warunki, świetną motorykę, tylko jakby charakteru trochę brak, zadziorności. Wynik po trzech kwartach 105-86.

Zastanawiałem się czy na ostatnią kwartę wrócą jeszcze starterzy w naszej drużynie. Okazało się że wrócili i to z bardzo dobrym skutkiem. Trochę uśpieni Raptors, również szybko musieli wrócić do graczy pierwszej piątki, starając się nie pozwolić na wrócenie do meczu Sixers. W pewnym momencie, po trójkach Redicka i Covingtona, udało się zniwelować przewagę do 9 oczek. Szkoda, że cały mecz graliśmy ze strachem, bo jak było widać można z nimi walczyć jak równy z równym. W końcu udało nam się nawet powstrzymać Leonarda! Są jednak takie dni w koszykówce, że się bardzo chce, a nie wychodzi. Simmons zanotował 10 stratę, a w kolejnej akcji prawie zgubił piłkę biegnąc na pusty kosz. Zamiast -7, zrobiło się -12 po trójce Greena. Czwarta kwarta, mimo ostatecznej porażki ukazała kilka pozytywów. Doszliśmy wynik z -26 na -6, pokazaliśmy zespołową grę, w której się najlepiej czujemy, wywalczyliśmy wiele akcji w obronie. Wytnijmy z 11 strat Simmonsa około 6, które były kompletnie niewymuszone, a mecz w końcówce byłby na remis. Na 2 minuty do końca coach Brown ściągnął z parkietu graczy podstawowych i w tzw. dożynkach, Raptors znowu powiększyli przewagę.

Na wyróżnienie zasługuje Embiid z linijką 31 punktów, 11 zbiórek oraz 4 asysty, a także Covington za 4/8 za trzy, ale przede wszystkim za 4 przechwyty i 2 bloki. W dalszym ciągu jest naszym najpewniejszym stoperem na graczu z piłką. Kolejny mecz z czwartku na piątek, podejmować będziemy Clippers u siebie.