Toronto

Po bardzo ciekawym meczu, z dużą ilością walki oraz dobrej obrony, Sixers udało się odnieść zwycięstwo w starciu z Toronto Raptors. Bardzo cieszy mnie fakt, że w takim brudnym meczu, można powiedzieć pachnącym atmosferą play-off, nasza drużyna pokazała charakter i pomimo słabej skuteczności, sięgnęła po zwycięstwo.

Sixers wyszli na pojedynek w piątce Simmons-Curry-Green-Harris-Embiid. Joel wrócił po meczu przerwy i nie było widać po nim oznak sztywnienia pleców. Pierwsza kwarta rozpoczęła się całkiem dobrze, jak się okazało tylko chwilowo. Tobias Harris solidnie wszedł w spotkanie, szybko zapisując na swoje konto 9 punktów. Im dalej w las, tym gorzej. Mieliśmy festiwal pudeł, a Toronto krok po kroku odjeżdżało. 23% to skuteczność zespołu z pierwszych dwunastu minut. Warto zaznaczyć, że szybko został wymieniony cały obwód i do gry ruszyli Maxey, Thybulle i Milton. Niestety nic nie chciało wpadać i zmiennicy również nie nabrali pewności. Szkoda, bo kilka rzutów wykręciło się z kosza. Na placu zameldowali się Scott oraz Howard i kwarta po dwóch trójkach Raptors skończyła się wynikiem 28 do 17 dla gości.

W drugiej kwarcie niestety wiele się nie zmieniło, zaczęliśmy lepiej bronić z pozytywnych aspektów. Jednak kosz w dalszym ciągu był zaczarowany. Zastanawiałem się, jak można rzucać na skuteczności 21% i dalej być w grze z takim przeciwnikiem. Zawdzięczamy to Embiidowi, który regularnie stawał na osobistych i stamtąd dostarczał punkty. Udało się kilka razy powstrzymać Toronto i małymi kroczkami odrabiać straty. Zrobiliśmy run 15-3 i praktycznie mecz zaczął się od nowa. Gdy już wydawało się, że jesteśmy na dobrych torach, Lowry oraz Siakam wbili nam po trójce i ze świetnej kwarty zrobiło się tylko 31 do 28 w tej części gry. Sędziowie w kilku sytuacjach się nie popisali, ale to nasi swoimi głupimi decyzjami znowu pozwolili na odskok. Wynik do przerwy brzmiał 56 do 48.

W trzeciej kwarcie przeżyliśmy chwilę grozy. Embiid dostał piłkę na post, został podwojony i jak to on, nie pozbył się jej od razu. Piłka została wytrącona, rzucił się na ziemię i jego noga została wygięta w nienaturalny sposób. Na szczęście, po krótkim pobycie w szatni, wrócił na ławkę, a potem na boisko. Miejmy nadzieję, że z naszym olbrzymem będzie wszystko w porządku. Jest on bezdyskusyjnie najlepszym graczem tej drużyny i niezbędnym elementem. Kwarta przez połowę niczym się nie różniła od poprzednich, wtedy jednak coś zaskoczyło, znowu w obronie wskoczyliśmy na najwyższy poziom i run 13-0 pozwolił doprowadzić do remisu przed ostatnią częścią gry. Przebudził się Curry oraz Harris, Joel był Joelem i mecz się wyrównał. 76 do 76 po trzech kwartach.

Ostatnia ćwiartka była w dalszym ciągu bardzo wyrównana. Żadnej z drużyn nie udało się odskoczyć, a Sixers na pierwsze wyraźniejsze prowadzenie wyszli 4 minuty przed końcem spotkania. Bardzo ważną trójkę trafił Green (w końcu!) oraz Harris. Weteran Lowry nie byłby sobą gdyby nie walczył najbardziej na boisku i niemal w pojedynkę utrzymywał Toronto w grze. Na nieco ponad minutę do końca, Joel zrobił to co powinien w takich sytuacjach. Przy penetracji do linii końcowej, mając wielu przeciwników wokół siebie, oddał piłkę do niepilnowanego na szczycie Curry’ego. Ten mając dużo miejsca odpalił kluczową trójkę. Nie daliśmy już odebrać sobie tej przewagi i dobrze zagraliśmy końcówkę. Statystyka meczu? Od momentu powrotu z szatni Joela, wygraliśmy spotkanie 35 do 17.

Kilka obserwacji: Thybulle jak dla mnie bardzo przestraszony, brakuje mi jego minut, jednak musi pokazywać jaja i odwagę w ataku. Simmons tak jak piszecie w komentarzach, w ataku jest dalej mocno ograniczony, gdy nie może wykorzystywać swoich przewag, staje się hamulcowym w ataku pozycyjnym. Trzeba jednak podkreślić, jego świętną grę w obronie oraz kapitalną na zbiórce. Milton mimo kiepskiej skuteczności będzie jeszcze większym kozakiem w tym sezonie. Harris naprawdę momentami wygląda jak gracz za takie pieniądze. Tyle!