Toronto

Sixers wyszli w pełnym składzie przeciwko Toronto Raptors, jednak nie zdało się to na nic. Przegraliśmy 110 do 103 po bardzo słabej czwartej kwarcie i dopisaliśmy kolejne L do tegorocznego bilansu.

Głównym zadaniem Raptors było spowolnienie będącego w formie na poziomie MVP Joela Embiida, co dzięki wczesnemu podwajaniu i wysiłkom Baynesa i Anunoby’ego udało się śpiewająco. Sixers zostali wypchnięci poza linię 7.24 metra i oddali aż 36 prób zza łuku trafiając jedynie 11.

Na nic zdało się ograniczenie strat, wygrana zbiórka czy lepsze wymuszanie fauli – Sixers zagrali na o wiele słabszej skuteczności od bardzo dobrze broniących przeciwników. Pod względem celności jedynie Ben Simmons stanął na wysokości zadania zaliczając po raz kolejny bardzo dobry występ ze strzeleckiego punktu widzenia – 28 punktów na skuteczności 9/11 z gry i 10/14 z wolnych. Warto docenić również Danny’ego Greena który po słabym początku sezonu coraz bardziej zaznacza swoją obecność na parkiecie (dziś 5 przechwytów!).

Niestety po raz kolejny schodzimy do szatni pokonani w starciu z rywalem który nie szoruje brzuchem po dnie tabeli, a pierwsze miejsce w Konferencji powoli wydaje się pozycją trudną do utrzymania do końca sezonu…