Pod każdym względem sprowadzenie Evana Turnera do Pacers było złym pomysłem. Zawodnik, który w Philadelphii zdobywał 17.0ppg, 6.0 rpg i 3.7apg, po transferze do Indiany ma średnie 6.9 ppg, 2.8 rpg i 1.8 apg. To nie wina samego Turnera, bo już w Sixers łatwo było zauważyć, że najlepiej czuje się on z piłką, wtedy jest najbardziej wydajny i gra z dużą pewnością siebie. Tymczasem w Pacers dostał pozycję rezerwowego, a czas jego gry zredukowano do zaledwie 20 minut. Podobnie było kiedyś z Allenem Iversonem w Detroit, który tam ze swoim stylem gry kompletnie nie pasował. W takich przypadkach winy nie ponoszą zawodnicy, tylko generalny menedżer, który zamiast sprowadzić zawodnika najbardziej pasującego do swojej drużyny, chciwie wziął po prostu najlepszego dostępnego na rynku.

To także mści się na wynikach Pacers, którzy zaczęli sezon z bilansem 41-13, a od transferu mają bilans 12-10. To nie tylko kwestia Turnera, który do Indiany przybył w pakiecie razem z Lavoy’em Allenem i jego reputacją “leniucha”. Atmosfera w klubie mocno siadła po oddaniu Danny’ego Grangera (8.0 ppg, 2.3 rpg w Clippers – lepiej niż Turner). Brakuje determinacji i woli walki. Pacers w meczach po wymianie zdobywają jedynie 99 punktów na 100 posiadań piłki, co jest przed ostatnim wynikiem w NBA tylko przed… Sixers. Na pewno zaszkodziło też sprowadzenie innego ex-filadelfijczyka, Andrew Bynuma. Po kilku niezłych meczach Bynum od dłuższego czasu grzeje ławę z powodu, tak… z powodu problemów z kolanami.

Najlepszy komentarz do całej sytuacji jaki znalazłem na jednym z portali: “to jakby Philadelphia wysłała Indianie wirus komputerowy, który wszystko niszczy”.

A jakby mocno dać się ponieść fantazji to można stwierdzić, że Sam Hinkie zrobiił to celowo i teraz będzie chciał podpisać Turnera po sezonie, gdy wróci on ze skulonym ogonem jako wolny agent i nie zarząda już grubych milionów, jakie planował dostać tego lata…