Sixers – Wizards 107:98

Zwycięstwo w bólach…Przeciwnicy bez dwójki najlepszych graczy, jak myślicie, będzie męka czy pewne zwycięstwo? Takie pytanie zadałem na stronie wrzucając post do komentowania. Niestety pewne zwycięstwo w obecnej sytuacji tej drużyny jest mało prawdopodobne.

Q1: Pierwsza kwarta miała bardzo spokojny przebieg. Początek należał do Sixers, jednak przy stanie 7-2 do roboty wziął się nasz stary znajomy Ish Smith. Trzeba przyznać, że to w dalszym ciągu piekielnie szybki zawodnik. Cieszę się, że czas tankowania w naszym zespole zagwarantował mu miejsce w NBA na stałe. Najlepszym graczem tej części gry był Shake Milton, który po słabym pierwszym spotkaniu w bańce, chyba wraca do formy. 8 punktów w tym trójka równo z syreną wieńczącą kwartę. W mecz dobrze również wszedł Embiid oraz Korkmaz z ławki. 26 do 20 po 12 minutach gry. Aha, byłbym zapomniał, Simmons będąc sam na lewym rogu bez zastanowienia zdecydował się na trójeczkę, która niestety nie wpadła.

Q2: Początek drugiej kwarty przyprawił mnie o zawrót głowy. Wizards szybko dogonili wynik, a nasza gra była daleka od ideału. Trzeba zauważyć, że w tej części gry rozgrywał Simmons, więc wszystko po staremu. Na szczęście obudził się Josh Richardson, trafił dwie trójki oraz zdobył punkty z szybkiego ataku. Wszystko zaczynało się od obrony, gdy tylko na moment nasi zawodnicy podkręcają obroty pod własnym koszem, gra sama zaczyna się układać. Niestety tym razem to my dostaliśmy trójkę na koniec kwarty i przewaga z dziesięciu punktów zmalała do siedmiu. Co ciekawe, obie drużyny do przerwy miały wyższy procent rzutów za 3 niż za 2.

Q3: Jeśli początek drugiej kwarty był słaby, to nie wiem jak nazwać to co się działo od startu trzeciej. Ospałość, brak zaangażowania, brak skuteczności. Wyglądało to tak, jakby mecz miałby sam się wygrać, bez wkładania większych zasobów energii. Niestety obecnie w zespole nie ma takiej chemii, nie ma systemu, który zapewniałby lekką grę. Albo się gra na maxa, albo się dostaje baty. Wizards trafiali, zbierali na atakowanej desce, bardziej im się chciało i w pewnym momencie wygrywali w kwarcie 23 do 11! Nasza drużyna bez kontuzji, w pełnym składzie! Gdyby nie zryw Embiida, który był kryty przez białych jak kreda Wagnera lub Pasecniksa (napewno znacie) to byłoby fatalnie. Ostatecznie kwartę przegraliśmy 27 do 23 i przed startem ostatniej części gry prowadziliśmy 77 do 74. Z urazem kolana do szatni zszedł Simmons, będziemy Was informować o jego stanie.

Q4: Wkurzony Joel oraz pobudzony Harris w końcu wzięli się do roboty i podgonili z wynikiem. W pewnym momencie, Ci dwaj Panowie zdobyli 23 z 25 punktów drużyny. Joel talentem oraz gabarytem był poza zasięgiem wysokich Wizards. Trzeba przyznać, że Thomas Bryant robił wszystko co mógł. Bardzo fajny, charakterny gracz, podszedł do tego matchupu jakby od tego zależało mistrzostwo NBA. Gdy zbudowaliśmy bezpieczną przewagę przez chwilę nawet dwucyfrową, najemnicy z Waszyngtonu zrobili kolejny zryw i doszli nas na cztery oczka. Jednak to wszystko, na co było ich stać tego wieczoru. Trójki Miltona oraz Richardsona, pozwoliły dowieźć zwycięstwo do końca. Ostatnią kwartę wygraliśmy 30 do 24.

MVP tego spotkania należy przyznać Embiidowi, 30 punktów oraz 11 zbiórek to już klasyka w jego wykonaniu. Szkoda tylko, że jako całość nie wygląda to zbytnio różowo…