Washington

Rozpoczęcie serii dla Sixers choć nie obyło się bez emocji ;)

Rozpoczęliśmy mocno systematycznie budując przewagę. Embiid, Simmons, Harris… Gwiazdy robiły to, co robić miały. Gdy jednak nasz kandydat do MVP zaczął mieć problem z faulami a na boisku zaczęli pojawiać się rezerwowi – Wizards szybko zaczęli odrabiać straty.

Korkmaz? Pudło. Curry? Pudło. Ech, cholera. Nie siedziało nam po mocnym początku. Wszystkim poza Tobiasem Harrisem, który za punkt honoru wziął sobie by w pojedynkę dostarczać potrzebnych Sixers punktów, których z powodu foul trouble dać nam nie mógł Joel Embiid. Przy okazji Ben Simmons kreując grę kolegom i błyszcząc w defensywie tradycyjnie robił wszystkie te rzeczy, które dla niedzielnego fana koszykówki nic nie znaczą jeśli gracz nie zdobywa punktów. Cóż, my to i tak doceniamy, prawda?

Harris rozkręcił się jak szaleniec i dobił do 28 punktów na koniec połowy, co jest jego najlepszym wynikiem w historii nie tylko PO, ale również jeśli wliczyć mecze sezonu regularnego. Mimo to rozpędzeni ofensywnie Wizards do przerwy prowadzili 61:60.

Druga połowa to przebudzenie Curry’ego i Embiida oraz nieskuteczność Harrisa który dodał od siebie “tylko” 9 punktów. Historia jednak wciąż się powtarzała – Sixers zdejmując starterów szybko żegnali się z prowadzeniem… Nie dotrzymał swojego słowa coach Doc który zarzekał się, że choć chce jak najwięcej minut grać pierwszą piątką, to w PO nie ma powodu wystawiać piątek w których nie ma ani jednego gracza z trójki Joel-Ben-Tobi. Wtedy właśnie, bez kogokolwiek z trio, najgorzej grało się Sixers (w pierwszej połowie Harris dołączał do rezerwowych).

Mecz cały czas był na styku. W drugiej połowie rzadko którakolwiek z ekip miała więcej niż 5 punktów przewagi. Sixers próbowali szeroko wykorzystywać swoją kadrę (11 graczy), ale z rezerwowych poważniejsze minuty zagrali tak naprawdę tylko Howard, Hill i Thybulle pokazując nam, że będą oni pierwszymi wyborami trenera w trudnych spotkaniach.

Gdy już wydawało się, że końcówka można być szarpana Russell Westbrook postanowił za wszelką cenę zachować piłkę w rękach gdy (zupełnie nie naciskany, na własnej połowie w otoczeniu kolegów) stracił równowagę przy linii bocznej i… Dotknął w końcu piętą linii, a jakże. Po mniej znaczących akcjach końca dobiegł już zacięty i ofensywny mecz – 125:118!

Nieźle zagrali wszyscy starterzy, ciekawe double-double zaliczył Simmons (6-15-15), a rezerwowi… Cóż, powinni zapomnieć o tym meczu. Jedynym graczem z ławki który nie zagrał piachu był George Hill i uznaję to za dobry omen. Weteran powoli wdraża się w system i będzie bardzo przydatny w kolejnych spotkaniach.

Pierwsze koty za płoty. Idziemy na 4:0? ;)