Wspominamy sezon 2011-12

Philadelphia 76ers kapitalnie rozpoczęła sezon zasadniczy bilansem 10-3, odnosząc 20 zwycięstw w 29 pierwszych meczach. Będąc w tym okresie jedną z najlepszych ekip ligi, łatwo zdobyła prowadzenie w Atlantic Division, pozostawiając rywali daleko w tyle. Nie przeszkadzał brak gwiazd, nie przeszkadzał brak konsekwentnych strzelców w ataku – najlepsza obrona w całej NBA i zaangażowanie wszystkich zawodników, połączone z umiejętnym wykorzystywaniem przewagi nad drużynami z dołu tabeli sprawiło, że Sixers byli nie do zatrzymania. Zasłynęli grą w trzecich kwartach, kiedy po przerwie wracali do gry z nowymi pomysłami, energią i często-gęsto w trzecich kwartach zdobywali przewagę nie do odrobienia dla przeciwników. Jeszcze na dokładnie cztery tygodnie przed zakończeniem sezonu Sixers byli liderami dyzizji, by przez spadek formy i głupie porażki spaść na drugie i później trzecie miejsce.

Ostatecznie do play-offs awansowali jako ostatnia drużyna na Wschodzie. Z gwarantowanej pozycji w pierwszej czwórce konferencji, a co za tym idzie z niemal pewnego awansu do drugiej rundy, spadli na ósme miejsce, czyli na gwarantowane lanie w pierwszej rundzie play-offs. Tym samym piękny sezon, w którym Sixers tak bardzo rozpalili nadzieje nas, kibiców, na długo oczekiwane sukcesy, miał sie zakończyć “jak zwykle”, mimo pierwszego od 2004-05 dodatniego bilansu (35-31). Nic dziwnego, że wielu żałowało w ogóle awansu, zamiast szans na lepszą pozycję w loterii draftu. Doug Collins mówił wtedy: “Niezależnie od tego, co ugrasz w play-offs, doświadczenie jakie zdobędziesz jest nieocenione. Nie zastąpisz go niczym z sezonu zasadniczego, żadną pozycją w drafcie, nic nie będzie korzystniejsze dla zespołu niż udział w play-offs”.

W takim nastroju pisane było podsumowanie sezonu 2011-12 na początku kwietnia, czyli tuż po zakończeniu rozgrywek, kiedy wyżej podpisany autor, podobnie jak wielu czytelników Sixers.pl, był bardzo rozgroczyny finiszem swojego ulubionego zespołu. Tego, co wydarzyło się później, nikt się nie spodziewał.

W pierwszej rundzie Sixers zmierzyli się z Chicago Bulls. W pierwszym przegranym meczu kontuzji nabawił się Derrick Rose. Rose już więcej nie zagrał, Bulls wygrali potem tylko raz (tracąc przy okazji także kontuzjowanego Noah). Można mówić o tym, że Sixers zwyciężyli 4-2 tylko dzięki za sprawą pecha rywali, ale trudno nie zauważyć silnej defensywy, przemyślanej gry, determinacji i wyłączenia z gry Carlosa Boozera. Po raz czwarty w historii NBA zdarzyło się, by drużyna rozstawiona z numerem ósmym wyeliminowała numer jeden. To był wielki sukces filadelfijczyków, którzy do półfinału konferencji awansowali po raz pierwszy od 2003 roku.

W półfinale doszło do klasycznej serii Sixers-Celtics. Po wyrównanym początku bostończycy wyszli na prowadzenie 3-2, ale Sixers wykazali się charakterem i doświadczeniem, doprowadzając do decydującego, siódmego spotkania. W nim zabrakło już szczęścia (i nie tylko) – Celtics awansowali po zwycięswie 85-75 odprawiając Sixers na ryby.

Zwycięstwo nad (osłabionymi czy nie) Bulls w pierwszej rundzie i równa gra z Celtics w drugiej rundzie play-offs, gdzie do awansu do finału konferencji zabrakło tylko 11 punktów, to ogromny sukces tej drużyny i postęp Douga Collinsa na ławce szkoleniowca. Można było parafrazować polski hymn narodowy popularną piosenkę “Nic się nie stało, Sixers nic się nie stało”, bo rzeczywiście – mimo odpadnięcia z play-offs, Sixers pokazali, że ich przyszłość przedstawia się w naprawdę różowych kolorach. Apetyty na sezon 2012/13 rozbudzone. “Żadna drużyna nie jest taka sama w następnym sezonie. My też już nigdy nie będziemy wyglądać tak, jak teraz” – powiedział Collins i mając za sobą połowę wakacji wiemy już, że miał rację…

 

A na koniec kilka ciekawostek z ubiegłego sezonu:

  • Lou Williams ze średnią 14.9 ppg był najlepszym strzelcem zespołu, chociaż ani razu nie zagrał w wyjściowej piątce. Ostatnim razem w NBA miało to miejsce w sezonie 1993-94, gdy dokonał tego Dell Curry (Charlotte Hornets). Williams zajął drugie miejsce w głosowaniu na Najlepszego Rezerwowego.
  • Udany sezon miał takze Evan Turner (9.4 ppg, 5.8 rpg, a w play-offs nawet 11.2 ppg i 7.5 rpg), który został w nagrodę wybrany do Rising Stars Challenge, gdzie zdobył 16 punktów (8/9 z gry), 11 zbiórek, 7 asyst i 2 przechwyty w niespełna 29 minut gry.
  • Po raz pierwszy podczas Weekendu Gwiazd zobaczyliśmy też Andre Iguodalę, który w Meczu Gwiazd zdobył 12 punktów, 4 zbiórki i 2 asysty w 14 minut gry. Ponadto Iguodala zajął siódme miejsce w głosowaniu na Obrońcę Roku NBA, ale pominięto go w wyborze najlepszych piątek defensywnych.
  • W sezonie zasadniczym Sixers notowali średnio zaledwie 11.2 straty w spotkaniu, co jest najlepszym wynikiem w historii NBA. Pozwolili sobie także odbierać tylko 5.92 piłki w każdym meczu – najlepszy wynik w sezonie.
  • Spencer Hawes miał więcej asyst (2.6) niż jakikolwiek inny center w NBA w sezonie 2011-12
  • W sezonie zasadniczym jedynie Bulls (88.17) i Celtics (89.33) byli lepsi od Sixers (89.39) pod względem liczby traconych punktów.
  • Dzięki marcowemu zwycięstwu 99-86 nad Boston Celtics , Doug Collins stał się 40. trenerem w historii z 400 wygranymi na koncie.
  • Najlepsze mecze Sixers rozegrali 7 stycznia z Raptors (97-62), 1 lutego z Bulls (98-82) i 8 marca z Celtics (103-71). Najgorzej zaprezentowali się 3 lutego z Heat (79-99), 30 marca z Wizards (76-97) oraz 8 kwietnia z Celtics (79-103).
  • Philadelphia 76ers w sezonie 1971-72 wygała zaledwie 9 spotkań (.110) i przez ponad 40 lat utrzymywała niechlubny rekord najgorszej druzyny wszechczasów. Do teraz – Charlotte Bobcats wygrywając w sezonie 2011-12 tylko 7 z 66 spotkań (.106) uwolnili Sixers od tego tytułu. Dwa lata temu bliscy rekordu byli New Jersey Nets, jednak ostatecznie udało im się wygrać 12 razy (.146)