Od pojawienia się na stanowisku GM Sama Hinkie jako kibic Sixers zawsze niecierpliwie wyczekuję takich momentów jak trade deadline, czy draft – to są godziny, w których Hinkie czaruje.

Podobnie było w tym roku – czwartkowe popołudnie, wchodzę na twittera i widzę, że “zaczęło się”. Denver Nuggets chcą wyczyścić payroll, więc Aaron Afflalo ląduje w Portland, natomiast Sixers pozyskują nieoficjalnego króla “Shaqtin A Fool” JaVale’a McGee + pierwszorundowy wybór od Oklahomy zastrzeżony w tym sezonie w top 18. Co oddajemy w zamian? Właściwie nic, bo przyjmujemy tylko kontrakt JaVale’a, który będzie obowiązywał do końca sezonu 2015/2016. Ktoś może powiedzieć, że ten wcale przecież niewysoki pick był drogi, ale właśnie na takie okazje Hinkie trzyma miejsce w salary.

Jestem zadowolony, zastanawiam się, czy McGee zostanie wykupiony, czy może dostanie minuty, żeby wrócić do formy po kontuzjii, bo przecież 7-footer z umiejętnością blokowania zawsze jest komuś potrzebny. Po cichutku zastanawiam się, co Sam ma w głowie, ale transfer bardzo mi się podoba – kolejny pick do kolekcji, do tego wreszcie 1-st rounder, a nie musieliśmy za niego nikogo oddać.

Brett Brown & Sam HinkieTrade deadline dobiega końca, jestem przekonany, że nic większego raczej się nie wydarzy, ale w głębi duszy wiem, że kiedy Woj będzie tweetował o ostatnich wymianach , to na pewno Sixers pojawią się jako przynajmniej trzecia drużyna, który przejmuje niewygodny kontrakt, w zamian za jakiegoś 2nd roundera – w najgorszym razie jakiegoś młodzianina z końca ławki, który dostanie u nas szansę.

Woj zaczyna tweetować, a ja nie wierzę oczom – MCW wędruje do Bucks , spływają kolejne transfery, a ja nerwowo szukam co dostaliśmy – jeszcze nie dokopałem się, a już spada na mnie kolejna wiadomość – KJ McDaniels ląduje w Rockets. Spływają kolejne wymiany.

Jestem w szoku. Nie wiem cos się dzieje. Mało tego – nawet Wojnarowski jest w szoku i pisze historyczne już “Good Lord”.

Cofnijmy się kilka miesięcy wstecz – noc draftu 2015. Sporo sobie po nim obiecywałem, nawet dwóch zawodników, którzy wskoczą do piątki. Z trzecim numerem wybieramy uwielbianego przeze mnie Joela Embiida i już wiem, że nie zobaczymy go na parkiecie do końca sezonu. Wybór od Pelicans – ostatnia chwila nadziei na fajnego rookasa.

Konsternacja…
Elfrid Payton?! Co z MCW?

Po chwili jeszcze większa konsternacja – Payton ląduje w Magic, a my dostajemy Dario Saricia – zaraz, zaraz – przecież Dario Sarić nie zagra w NBA przynajmniej przez najbliższe 2 lata! Jestem cholernie rozczarowany.

Analizuję wymianę i okazuje się, że odzyskujemy pick oddany w wymianie za Andrew Bynuma. Boom – kolejny świetny trade Sama, czytam o Sariciu – zdecydowanie najlepszy dostępny zawodnik z tym numerem, gdyby nie kontrakt w Europie byłby nawet w top6 mocnego draftu. Myślę sobie – nie ma tego złego – inwestujemy w przyszłość, budujemy zaplecze assetów, które zostaną wykorzystane w odpowiednim momencie. Przyjmuję to ze zrozumieniem i cieszę się, że zadebiutuje chociaż Noel, a z 32 pickiem jako “nagrodę pocieszenia” dostajemy jeszcze KJ McDanielsa, którego wszyscy uważają za steal.

Nie jest łatwo, ale analizuję wszystko jeszcze raz i dochodzę do wniosku – Good job Hinkie, Good Job.

Po tym deadline jest inaczej, nie jestem taki wyrozumiały i zachwycony, jak w przypadku poprzednich ruchów. Nie dlatego, że są one gorsze, nieracjonalne, że Hinkie dał się wyrolować…

Michael Carter-WilliamsJest mi smutno, bo nasz zespół opuściło dwóch młodych zawodników Sixers, którzy swoje najlepsze lata mają dopiero przed sobą, dla których rezygnowałem ze snu, którzy walczyli twardo noc w noc i braki umiejętności i doświadczenia wielokrotnie nadrabiali ambicją i zaangażowaniem.

Pamiętam debiut Michaela Carter-Williamsa z Heat, pamiętam jak odbierał statuetkę Rookie of the Year – przecież to było tak niedawno… Podobała mi się wizja posiadania dobrze broniącego PG, 6-6 wzrostu z nastawieniem na podawanie, bo to absolutny unikat. Pierwszy tego typu zawodnik od czasów Shauna Livingstona, którego fantastycznie zapowiadającą się karierę zniszczyła jedna z najfatalniejszych kontuzji, jakie widziałem na parkietach NBA.

MCW wydawał się być tak blisko poziomu All-Star w najbliższych latach, niestety operacja przed okresem przygotowawczym sprawiła, że nie mógł pracować latem, nie mógł poprawić rzutu, a jednak mimo tego Sixers z nim na parkiecie zaczęli w ostatnich miesiącach jak drużyna NBA – po raz pierwszy od wielkich rozbiorów, których dokonał nasz GM.

K.J. McDanielsKJ McDaniels zgodnie z przewidywaniami okazał się stealem, jego bloki i dunki podrywały mnie co noc – w końcu to pierwszy od czasów Iguodali zawodnik, który z taką łatwością wykonuje wsady, do tego bardzo solidnie broni.

Obaj na pierwszy rzut oka wydawali się częścią przyszłości, szczególnie MCW, który był wręcz twarzą tego nowego zespołu – bo pierwszym graczem, na którego postawił Hinkie, ewidentnym stealem z 11 numerem ze słabego draftu.

Zacząłem to wszystko analizować i dotarło do mnie coś, z czego nie do końca zdawałem sobie sprawę – jestem kibicem, podobnie jak Wy, koszykówkę oglądam przez pryzmat sympatii, sercem – dlatego wolę Reggiego Evansa niż Kobe Bryanta, dlatego uwielbiałem Iversona. Bo kibic chce zwycięstw, ale chce też mieć z kim sympatyzować.

Hinkie jest generalnym menadżerem z ogromną wiedzą, jest analitykiem, który non stop przerabia dziesiątki zawodników – ich grę, a także statystyki, bo w przeciwieństwie do innych zespołów nie wybieramy w drafcie jednego zawodnika, a nawet 5-6: na początku draftu, w środku i w drugiej rundzie. To masa danych do przetworzenia. Spójrzmy na jego wybory:

  • 2013 #6 – Nerlens Noel, #11 – Michael Carter-Williams
  • 2014 #3 – Joel Embiid, #10 – Dario Sarić, #32 – KJ McDanniels , #39 – Jerami Grant

 

Wszyscy narzekamy, że trwa to bardzo długo, a tak naprawdę to był dopiero drugi draft, w którym Sam wybierał. Są zespoły, które tankowały 5-8 lat, żeby zebrać talent, który pozwoliłby im na walkę o play-offs. Zobaczcie, jak szybko zapomnieliśmy o Holiday’u, jak warto było czekać na Noela, co pokazuje już dziś Grant (który miał być w tym roku tylko projektem), kim okazał się wyciągnięty z D-league Robert Covington.

Hinkie trafił na spaloną ziemię – nie dość, że oddaliśmy pół składu i całą młodzież za Bynuma, to jeszcze Collins pozbawił nas picków przy tej wymianie.

Pamiętajmy o jednej rzeczy – ten sezon z założenia miał być katastrową, mówiło się, że z takim rosterem możemy nawet nie wygrać dziesięciu spotkań. Wszystko to, co oglądamy w tym sezonie i co w Sixers nam się podoba jest dziełem naszego GM, formuła przebudowy którą obrał jest świetna, bo nasi zawodnicy nie mają nakazu przegrywania, jak bywało w przeszłości w innych tankujących ekipach – mają dawać z siebie wszystko i rozwijać się.

Nagle okazało się, że z taką obroną, jaką udało się zbudować na Noelu, KJ’u i MCW jesteśmy w stanie wygrać całkiem sporo spotkań, czasem strasząc nawet potęgi typu Hawks – nie tak miało być – jeszcze nie teraz.

Hinkie chce zbudować zespół zgodnie ze swoją wizją, a żeby ją zrealizować potrzebujemy jeszcze wysokiego wyboru w tegorocznym drafcie. MCW nie był najwyraźniej częścią przyszłości – nie pasował do Embiida, który będzie potrzebował miejsca pod koszem, nie wspominając o próbie gry parą Noel-Embiid. Spójrzcie tylko na ten LINK.

JEDYNĄ pozytywną statystyką, którą MCW mógł się pochwalić było DefRTG – na dobrym poziomie -7 z MCW na parkiecie. Wszystkie inne statystyki takie szczególnie ORTG (ważne dla rozgrywającego, bo mówiące o tym jak prowadzi atak) są GORSZE z nim, niż bez niego. Jeżeli dodamy do tego 38% z gry, 25% za 3 i 64% z rzutów wolnych wniosek jest jeden – byłoby potwornie trudno zbudować z nim dobry atak oparty na wysokich.

Wpływ na atak 1-st pass PG bez rzutu możemy obserwować zresztą w Dallas po pozyskaniu Rondo – poprawili znacząco obronę, ale atak mocno poleciał w dół. Bilans też nie zachwyca.

Mając w składzie Noela, Embiida, Granta nie musimy martwić się tak bardzo o obronę – bo ona już dziś była na poziomie top10 ligi, gdzie nasi zawodnicy mają przed sobą lata rozwoju. To atak jest powodem słabego bilansu i za ten atak w dużej mierze odpowiedzialny był właśnie Michael Carter-Williams.

Pick, który Hinkie pozyskał w zamian za naszego PG jest naprawdę dobry – jest niewielka szansa, że zostanie w naszych rękach już w tym roku, ale w 2016 chroniony jest tylko w top3, a Lakers nie staną się z dnia na dzień teamem na poziomie PO. Dla pocieszenia, TUTAJ lista picków, jakie Hinkie zdołał zgromadzić w 2(!) lata.

Musicie przyznać – imponujące! To jest kwintesencja pracy Sama – zbieranie na każdym kroku atutów i wykorzystanie słabszego okresu w grze na to, by zgromadzić w zespole jak najwięcej talentu. Mamy zdecydowanie większą szansę na wybranie franchise playera mając w ciągu 2 lat kilkanaście picków niż 4 – nie każdy zawodnik wypali i najwyraźniej Hinkie uznał, że kims takim jest MCW, wymienił go szybko, bo jak się okazało miał jeszcze na rynku sporą wartość.

Sammy dba o przyszłość, nie o ten sezon, czy przyszły – on jako generalny menadżer i prezydent klubu negocjujący wymiany chce mieć zawsze dużo kart przetargowych na stole. Bo kto wie, kiedy na rynku tranfserowym pojawi się Curry, Durant, czy inna mega gwiazda?

Sam HinkieSam Hinkie nie jest Samem Presti. Nie przywiązujmy się za bardzo do naszych zawodników, bo istnieje spora szansa, że zostanie z nami tylko 2-3 z nich, a reszta zostanie wymieniona na gwiazdy – tak, jak zrobił to w Houston Daryl Morey pozyskując Jamesa Hardena.

Odpowiedzmy sobie na dwa pytania: Czym jest 5 letni plan Hinkiego w porównaniu do 12 lat posuchy po sukcesach Iversona w 2001? Czy od czasów Pata Croce mieliśmy GMa, który naprawdę miał jakiś plan?

Moje serce nienawidzi Hinkiego, ale rozum podpowiada mi, że jest pierwszą osobą na tym stanowisku odkąd kibicuję Sixers, której warto pozwolić zrealizować swój plan.

Michaelowi życzę wszystkiego najlepszego w Bucks, do których bardzo pasuje, a Houston nie zazdroszczę mamy KJ’a i letnich negocjacji kontraktowych.