Christian Wood – produkt uboczny Procesu

25. czerwca 2015 roku. Wieczór, który miał być wyjątkowy dla 60 młodych chłopaków, którzy od dziecka chcieli być jak Mike. Jak Kobe. Jak Shaq. Jak Duncan. Ubrany w grafitowy garnitur i sportowe buty Christian Wood nie różnił się niczym od reszty tych przerośniętych młodzieńców. Patrząc na komisarza Silvera wyczytującego zza pulpitu kolejne nazwiska czekał na swoją kolej. Niespokojny, zestresowany i trzęsący się jak osika. Jeszcze kilka tygodni wcześniej mówiono o nim jako o graczu z końcówki pierwszej rundy Draftu, lecz przez ostatnie tygodnie zanotował delikatny spadek wartości swoich akcji. Spekulanci ze środowiska NBA zaczęli mówić, że jest przereklamowany.

Skąd pojawiły się te głosy? W swoim drugim sezonie na UNLV zanotował przecież niebywały skok we wszystkich kategoriach statystycznych. Na pierwszym roku, grając za plecami m.in. Khema Bircha (obecnie zawodnik Orlando Magic), wchodził na parkiet z ławki, jednak gdy dwóch podstawowych podkoszowych jego ekipy zgłosiło się do Draftu – nadszedł jego czas. Christian Wood pokazał, że jest good, hehe. Skok o ponad 11 punktów, 5.5 zbiórki i prawie dwa bloki na mecz w średnich drugiego sezonu nie pozostał niezauważony przez skautów. Taki progres zawsze gra na korzyść zawodnika.

Dlatego właśnie postanowił zgłosić się do Draftu. Eksperci zwracali uwagę na to, że w jest dobry przede wszystkim w… No właśnie. We wszystkim. Młody podkoszowy był bardzo osobliwym przypadkiem gracza, u którego analizy mocnych i słabych stron w zasadzie mówiły o tych samych atrybutach, lecz w innej narracji. Świetne warunki fizyczne (208 cm wzrostu, 221 cm wingspan, 283 cm standing reach), jednak za słaby fizycznie na NBA. Kompletny zestaw ofensywnych zdolności, ale mimo to wciąż zbyt surowy po tej stronie parkietu. Obiecujący i solidny obrońca, jednak czasem zbyt naiwny i generalnie może przereklamowany.

Bardzo ciężko było obiektywnie ocenić Wooda. Fani talentu zawodnika zarzekali się, że dzięki swym warunkom fizycznym oraz braku większych słabości może być gwiazdą. Malkontenci natomiast zwracali uwagę na rzekomą niedojrzałość emocjonalną gracza, która miała mu przeszkodzić w rozwoju dostrzeganego z każdej strony potencjału. Tough call. Przed Draftem Christian zaczął więc jawić się włodarzom klubów NBA jako inwestycja obciążona dużym ryzykiem.

Bliski palpitacji serca młodzian mógł jednak już tylko siedzieć i czekać na to, czy usłyszy swoje nazwisko padające z ust komisarza Silvera. W sumie to bardziej czekał na to KIEDY to się stanie, a nie CZY w ogóle. Przecież tak spodobał się Grizzlies i Suns! Znajdując się w gronie najbliższych w hotelu Caesars – obok matki, trenera z college’u, managera, siostry i siostrzeńca – z każdą chwilą czuł coraz większe napięcie. Gdy z 39. numerem wybrany został Juan Vaulet (znacie?) Christian Wood zaczął panikować. Jednak wciąż czekał i uspokajał przyjaciół na Twitterze. Niestety, nie doczekał się.

Christian chciał jak najszybciej opuścić wytworne miejsce, w którym miała rozegrać się akcja jednego z najlepszych dni jego życia. Zamiast tego hotel stał się dla niego budynkiem rodem z horroru. W pewnym momencie przerwał swój pęd do wyjścia, usiadł i najzwyczajniej w świecie zalał się łzami.

Przepraszam mamo. Jestem porażką.

I wtedy, jak w każdej historii tego typu, padły słowa, które kupiły w umyśle gracza bardzo atrakcyjne lokum w samym centrum. Słowa, które są jego motorem napędowym dziś, po prawie pięciu latach od feralnej nocy:

Nie jesteś porażką. Bycie niewybranym nie sprawia, że nim jesteś. Bóg ma swój plan dla Ciebie. Unieś czoło i wytrzyj łzy, bo teraz będziesz wciąż dążył do celu i wszystko się ułoży.

11. marca 2020 roku. Na arenę Wells Fargo Center, gdzie mierzą się ze sobą ekipy 76ers i Pistons, dociera informacja o zawieszeniu rozgrywek ligi NBA. Dla 24-letniego Christiana Wooda moment nie mógł być gorszy – właśnie zdobył career-high 32 punkty przeciwko jednej z najlepszych defensyw ligi (a może i najlepszej jeśli mówimy o Sixers tylko w meczach domowych) po tym, jak wraz z odejściem Andre Drummonda wszedł na zupełnie nowy poziom w trakcie walki o kontrakt latem 2020. Ligowi eksperci nie szczędzili mu pochwał w ostatnich tygodniach, a jego coach, Dwayne Casey, jest po prostu zachwycony postawą swojego podopiecznego:

Jego warunki fizyczne i atletyzm robią różnicę na parkiecie. Jest dla nas powiewem świeżości, potrafi zrobić coś z niczego.

 

Jednak ostatnie 5 lat nie rozpieszczało Wooda. Po feralnym Drafcie 2015 znalazł wprawdzie drogę do NBA poprzez tylne drzwi z napisem „Summer League”, lecz grał on ogony w tankującej wtedy jeszcze Philadelphii 76ers.

Zastanawiałem się jak oni to robią, że pomimo ciągłych porażek wciąż tak dobrze się dogadują. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale każdy tam każdego wspierał i nikt się z nikim nie kłócił. Bardzo dobrze sobie z tym wszystkim radziliśmy.

Wtedy zaczęła się też jego przygoda z G-League (wtedy jeszcze D-League), gdzie pokazywał regularnie przebłyski swojego talentu, którego nie do końca potrafił przenieść na parkiety najlepszej ligi świata. Gdy więc Sixers postanowili zrobić miejsce w składzie dla szykującego się na emeryturę Eltona Branda, potencjalnego mentora dla młodych podkoszowych (Embiida, Okafora i Noela), to właśnie chudy dzieciak pominięty w Drafcie 2015 musiał pożegnać się z miejscem w drużynie. Lecz wcześniej miał okazję spełnić swoje marzenie z dzieciństwa:

Grałem bardzo dobrze przeciw GSW i nagle w trakcie meczu spojrzałem w prawo, a tam stał Kevin Durant. Kevin Durant, który przyglądał mi się z zainteresowaniem. Mój idol z dzieciństwa. Pomyślałem wtedy – o ja cie, stoję obok Duranta!

Wood pozostał jednak w pobliżu organizacji Sixers, w ekipie Delaware 87ers, czekając, mniej lub bardziej cierpliwie, na kolejną szansę, która pojawiła się już dwa miesiące później wraz z odejściem JaKarra Sampsona. Lecz po chwili Sixers zmienili zdanie i zamienili go na Sonny’ego Weemsa zwolnionego właśnie z Suns, by po krótkim czasie przywrócić znów Wooda do składu w związku z kontuzją… Weemsa. Istny rollercoaster. W kolejnym Drafcie Sixers znów wyciągnęli gracza lubującego się w grze podkoszowej i pomimo bycia najlepszym obok Simmonsa graczem Sixers w trakcie Ligii Letniej Wood musiał poszukać innego pracodawcy.

Na horyzoncie pokazali się Hornets, w barwach których jednak czekała go powtórka z rozrywki – bycie gwiazdą D-League i garbage time w NBA. Po kolejnym sezonie pełnym rozczarowań wciąż pamiętający swoją porażkę z 2015 roku Christian zaczął mieć coraz poważniejsze wątpliwości odnośnie swojej ligowej przynależności. NBA właśnie postanowiła pokazać mu po raz kolejny, że może jest za słaby, by grać w kosza ze starszymi dzieciakami – żadna ekipa nie zaoferowała mu kontraktu na sezon 2017/18. Ciężko było mu się z tym pogodzić, ale zacisnął zęby i wrócił do Delaware 87ers na cały sezon.

Będę pracował i wszystko się ułoży. Bardzo chciałbym być wybrany w pierwszej rundzie i mieć łatwiejszą drogę, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Więc po prostu skupiam się teraz na tym, co dalej.

Wybór do drugiego składu G-League w 2018 roku po sezonie na poziomie 23/10/2 ponownie zwrócił na niego uwagę kilku ligowych skautów, jednak sam Chris poczuł się zmęczony ciągłym pukaniem do drzwi NBA. Chciał czuć się ważny, tak jak czuł się w trakcie meczów G-League, gdy mógł prowadzić zespół jako lider. Zdecydował się więc na wyjazd do Chin, gdzie Fujian Sturgeons byli zainteresowani jego usługami w celu wypełnienia ostatniego miejsca w składzie. Zmotywowany i pewny, że nadchodzi jego czas Wood przybył do Państwa Środka, gdzie usłyszał po kilku dniach, że wolne miejsce w rosterze wypełni jednak Mike Harris, a nie on…

Chris wrócił więc z podkulonym ogonem do ojczyzny, gdzie czekał na niego niegwarantowany minimalny kontrakt od rosnących w siłę Bucks, gdzie, po raz kolejny, miał przede wszystkim wspierać rezerwy w G-League i cierpliwie czekać na swoją kolej. Wood miewał swoje przebłyski pomimo bardzo ograniczonego czasu gry w pierwszej drużynie i po raz kolejny zachwycał w G-League (29/10/2), gdy urazowi uległ Malcolm Brogdon i nagle ekipa z Milwaukee potrzebowała dodać do składu rozgrywającego. Zdecydowali się na Tima Fraziera, który zasilił Bucks kosztem… Chyba już wiecie kogo?

Christian nie pozostał jednak długo bez pracy. W świetle afery związanej z konfliktem na linii AD-Pelicans Alvin Gentry od razu zwrócił uwagę na Wooda, w którym widział to wszystko, o czym wspominali fani talentu zawodnika jeszcze przed Draftem. Uważał, że młodemu brakuje po prostu czasu na boiskach NBA, który postanowił mu zaoferować w końcówce i tak już przegranego przez Pelicans sezonu. Rezultat? 8 meczów po prawie 24 minuty i statystyki na poziomie 17 punktów, 6 zbiórek i jednego bloku na mecz. W końcu dostał prawdziwą szansę, by się pokazać i szansę tę wykorzystał.

Mimo to Pelicans postanowili pożegnać zawodnika po sezonie, co bardzo szybko wykorzystali Pistons, a efekty tego mogliśmy oglądać przede wszystkim w ostatnich tygodniach. Warto jednak wcisnąć tu przycisk STOP i zastanowić się, dlaczego tak wiele drużyn żegnało tego chłopaka z uporem maniaka (ależ rymy!) przez ostatnie lata pomimo tego, jak obiecująco prezentował się na parkiecie w ograniczonym czasie lub w otoczeniu słabszych zawodników Gatorade League. Przecież nikt nie odmawiał mu talentu i powszechnie uznawanym faktem było to, że młody ma potencjał. Co więc sprawiało, że otrzymywał tak mało czasu na parkiecie i finalnie każda ekipa rezygnowała z jego usług pomimo tego, jak dobrze na tym parkiecie wyglądał?

Pod wpływem jego ostatnich występów dla ekipy Tłoków nie brak głosów, że Wood to center nowej generacji. Rozciąga grę, dobrze obchodzi się z piłką, walczy pod koszem i nie stroni od kontaktu, jest niesamowicie efektywny (62% eFG) i dobrze radzi sobie w obronie, zarówno pod koszem jak i na obwodzie.

Gram w Detroit, więc muszę gryźć parkiet i będę to robił za każdym razem.

Wciąż brakuje mu siły do walki z takimi graczami jak Adams, Embiid czy Gobert, ale nadrabia to długimi łapskami i nieustępliwością. Efekt? 32 punkty przeciw Embiidowi i 30 przeciwko Gobertowi. Świetnie czuje się w pick’n’rollu, bardzo szybko lokalizuje puste pole pod koszem gdzie dostaje się w ułamku sekundy by wykończyć akcję efektywnym wsadem.

Powyższy opis to charakterystyka jego ostatnich występów, jednak ten talent był widoczny już od dłuższego czasu. Oglądając jego grę w Bucks podczas krótkiego epizodu z poprzedniego sezonu wielokrotnie zastanawiałem się „Dlaczego, do cho@*#y, nie dostaje więcej minut?”. Warto wrócić myślami do raportów skautów sprzed Draftu 2015. „Niedojrzały emocjonalnie”, „zbyt łatwo ulegający emocjom”, „zbyt samolubny, nie szuka kolegów na parkiecie”, „czy ma dość motywacji by zrealizować swój potencjał?”… Czy trudny charakter i umiłowanie do bycia w centrum uwagi były czynnikami, które tak bardzo utrudniły zawodnikowi przebicie się w NBA? Na ten moment możemy tylko gdybać.

Pewnym jest teraz, że nie będzie on narzekał na brak ofert w trakcie off-season. Spełnia się więc jego wielkie marzenie, które ciągnie się za nim od samego początku, gdy będąca z nim w ciąży matka stwierdziła proroczo:

Będzie na pewno bardzo wysoki, przystojny i będzie graczem NBA!

Cóż, nie wiem, czy jest przystojny (pomożecie?), ale wysoki jak tyka był od najmłodszych lat, wyglądając wręcz komicznie na tle niższych kolegów. Można powiedzieć więc, że przepowiednia matki spełniła się, a Christian, mimo ostatnio zdiagnozowanego u niego zarażenia wirusem SARS-CoV-2 będzie mógł najprawdopodobniej zaliczyć rok 2020 do udanych, choć dopiero się zaczął. Notowane po Weekendzie Gwiazd 24 punkty, 9.6 zbiórki, 1.9 asysty, 1 przechwyt i 1 blok na skuteczności 76% z wolnych, 39% zza łuku i 57% z gry to statystyki częściowo wymuszone tym, że w barwach Detroit po prostu brakuje teraz talentu, ale nie zmienia to faktu, że przed Chrisem Woodem maluje się coraz bardziej kolorowa przyszłość.

O ile tylko doniesienia o problematycznym charakterze okażą się przesadzone lub gracz dojrzeje do pełnionej obecnie w Motor City roli.

Życzę mu więc zdrowia i tłustego kontraktu, choćby i od Pistons!

Autor: Mateusz Filipiak

Artykuł pierwotnie ukazał się na portalu gwiazdybasketu.pl

Kilku naszych wiernych czytelników zostało już Patronami w portalu “Patronite”. Dołącz do nich! Dzięki temu możemy rozwijać się, tworząc nowe projekty i ulepszając Sixers.pl, oraz opłacać koszty serwera, domeny i reklamy. Być może pięć czy dziesięć złotych miesięcznie (lub jednorazowa wpłata) to dla Ciebie mały wydatek, ale dla nas to duże wsparcie i docenienie wysiłku oraz czasu jaki poświęcamy, tworząc najstarszą polską stronę o Philadelphii 76ers. Wejdź tutaj po szczegóły lub odwiedź nas na portalu PATRONITE. Dziękujemy!