Magic – Sixers 112:97

Sixers do spotkania na Florydzie przystąpili osłabieni brakiem Joela Embiida, który najwidoczniej kolejny sezon nie będzie występował w meczach dzień po dniu. Na boisku mogliśmy za to od początku oglądać Tobiasa Harrisa, którego występ stał pod znakiem zapytania z powodu problemów żołądkowych. Po przeciwnej stronie parkietu w pierwszej piątce wyszedł ex-philadelphijczyk, Markelle Fultz, na którego twarzy od początku było widać determinację, aby pokazać, że jest wart więcej niż worek gruszek, za który trafił do Magic.

Gospodarze niedługo po rozpoczęciu spotkania wyszli na prowadzenie i utrzymywali je dzięki rzutom zza łuku. Goście, chyba zniechęceni swoją skutecznością w tym aspekcie zeszłej nocy, oddawali rzuty głównie z półdystansu. Co mogło cieszyć, to niezły impuls z ławki, wejście Neto, Thybulle, czy Ennisa ożywiło grę podopiecznych trenera Browna w obronie, efektem czego była tylko jednopunktowa strata na koniec pierwszej kwarty – 31:30.

Na początku drugiej ćwiartki Sixers po raz pierwszy tego wieczoru wyszli na prowadzenie. Większej przewagi jednak nie udało się wypracować głównie przez pudła zza łuku. Na boisku wyróżniał się James Ennis, który miał na koncie już 10 oczek, dobrą zmianę dawał również O’Quinn będąc przez chwilę nawet liderem asyst ( 4 w pierwszej połowie). Wynik na 53: 53 do przerwy ustalił ładnym rzutem równo z syreną Aaron Gordon. Gra Sixers nie wyglądała przesadnie źle, 6 strat i ponad 50% skuteczność to niezły wynik patrząc na ostatnie występy, brakowało jednak w tym wszystkim pazura i sygnału do walki od liderów. Na potwierdzenie swoich słów przytoczę statystykę rzutów wolnych, w których mieliśmy 100% skuteczności, stając jednak na linii tylko raz!

Po wyjściu z szatni gra w ataku dalej nie wyglądała perfekcyjnie, jednak dobra i twarda obrona doprowadziła do zrywu 12:0 i w połowie trzeciej kwarty prowadziliśmy 63:71. Trener gospodarzy zmuszony był wziąć przerwę po której w ciągu zaledwie kilku sekund przewaga stopniała do jednego posiadania i o rozmowę ze swoimi zawodnikami musiał poprosić Brown. Jego reprymendy nie były jednak tak dobre i chwilę potem Magic byli już na prowadzeniu. Simmons dalej nie rzucał z czystych pozycji, woląc za to szarżować parę obrońców. W zamian zamieszanie pod drugim koszem robili rezerwowi Orlando – dobrze nam znany Michael Carter-Williams i D.J. (to on jeszcze gra?) Augustin. Ostatecznie ostatnią kwartę zaczynaliśmy z dwupunktową przewagą 80-82, co zwiastowało kolejną nerwową końcówkę przeciwko drużynie, którą powinniśmy stłamsić jeszcze w pierwszej połowie…

Po chwili na wzięcie oddechu podopieczni Browna wrócili na boisko żeby naprzemiennie faulować na swojej połowie i tracić piłkę bez pomysłu pod koszem rywali. Duet wspomnianych wcześniej rezerwowych Magic wyprowadził swój zespół szybko na prowadzenie. (Strach się bać co będzie gdy przyjdzie nam grać z najlepszymi rozgrywającymi ligi.) Przez pierwsze 6 minut ostatniej kwarty nasz dorobek to 3 punkty i 4 straty, a na tablicy wyników już 92:85. Dwie minuty i trzy straty później przegrywamy już 11 oczkami.

Przegrywamy z przeciętnym Orlando, sami będąc równie przeciętnymi. O żadnym zawodniku nie można powiedzieć, że jest w formie, że gryzie parkiet za ten team i może wziąć wynik na swoje barki, a podobno mamy najlepsze S5 w tej lidze. Nie wiem jak Wy, ale ja po prostu nie widzę tutaj żadnego pomysłu na grę, nie ma żadnego schematu, akcji po której mógłbym powiedzieć, że tak gra Philadelphia, że to ćwiczą na treningach. Przegrywamy 112:97, i nie podaję Wam linijki żadnego z zawodników specjalnie, bo moim zdaniem po prostu żaden z nich na to nie zasłużył.

8 komentarzy

  1. mick_jones pisze:

    Pierwsza polowa wyrownana, póki co trzeba przyznać, ze wygladamy bardzo dobrze na bronionej polowie. W ataku brakuje skutecznosci za 3. Do przerwy jest remis a za 3 mamy 28% przy 42% czarodzieji. Dziwi mnie to ze Fultz jest juz zdrowy a dalej zle się składa do rzutu.

  2. Świder pisze:

    To co gra Harris to jest dramat.

  3. Nickrzeznik pisze:

    Gdzie zazwyczaj oglądacie mecze?

  4. Serek7 pisze:

    Amen Jakub, nie zasługują…
    Zawsze starałem się być adwokatem diabła i broniłem Browna, gdy mówiliście, że jego czas nadszedł. Ale w tej chwili niestety ciągle to wygląda jak WF w gimnazjum, gdy WFista daje chłopakom piłkę i mają sobie grać… ZERO taktyki. Jedyne co im chyba mówi to “polegajcie na swoich przewagach pod koszem, a jak się nie udaje, to dajcie na łuk – może ktoś trafi”. Nie chce mi się już nawet czekać na “zgranie nowej ekipy”. Tracę cierpliwość, bo wygląda to jak psucie zawodników przez Browna.

  5. Hitokiri pisze:

    To czyją sraczką będą tłumaczyć wczorajszą niemoc strzelecką.
    Kompletnie 0 zaangażowania. W 3Q Brown zaczął krzyczeć na zawodników żeby ruszyli dupy kiedy josh dryblował a pozostali stali jak wbite w ziemię kołki doszedłem do wniosku ze nie warto i poszedlem spać

  6. Viruz pisze:

    Brown out jak najszybciej.. jak liczyłem na finał w tym sezonie tak teraz stwierdzić mogę, ze 2runda PO To łac z taka grą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *