Brooklyn

Starcie z Brooklyn Nets miało być pierwszym poważniejszym testem w tym sezonie dla ekipy Doca Riversa. Klasówka została jednak odwleczona w czasie za sprawą kontuzji Kevina Duranta i problemów osobistych Kyriego Irvinga, którzy nie pojawili się na parkiecie. Goście również nie mogli skorzystać z będącego ostatnio w świetnej formie strzeleckiej Setha Curry’ego.

Początek spotkania nie szedł jednak po myśli Sixers, próżno było dopatrywać się znakomitej formy strzeleckiej z ostatnich spotkań, Nets szybko odskoczyli na 10 oczek (15:5) i Rivers zmuszony był wziąć czas, by obudzić zawodników będących myślami jeszcze w szatni. Reprymenda trochę ożywiła grę, ale zza łuku wpadł jedynie rzut Embiida. Na odrabianie strat przyszło dopiero po drugiej przerwie na żądanie i wejściu na boisko rezerwowych, w tym… Dakoty Mathiasa. Co prawda głęboki rezerwowy nie zapisał w tym czasie nic do statystyk, ale drużynie udało się na koniec kwarty zmniejszyć stratę do ledwie dwóch punktów (28:26).

Rezerwowy skład kontynuował grę na początku drugiej kwarty, prym wiedli Milton i Maxey, a goście wyszli nawet na prowadzenie, w odpowiedzi Joe Harris zakończył punktami kolejne cztery ataki Nets i prowadzenie zaczęło przechodzić z rąk do rąk. Gdy do gry powróciła pierwsza piątka Sixers znowu pojawiły się problemy ze skutecznością, za trzy próbował nawet Ben Simmons. Brooklyn momentalnie odskoczył na siedem oczek. Gospodarze grali swoje, szybki, transmisyjny basket. W obronie odcinali Embiida od jego ulubionych sytuacji rzutowych i korzystali z nieskuteczności rywali. Przewaga wzrosła znowu do dwucyfrowych rozmiarów i pierwsza połowa przy beznadziejnej, bezmyślnej grze Sixers w ostatnich minutach zakończyła się wynikiem 65:51.

3Q rozpoczęła się od 13 sekund “gry”, po której Rivers sięgnął po przerwę na żądanie. Technika może dziwna, ale być może to ona sprawiła, że zaraz potem za trzy trafił Harris i Green. Nie pomogła ona za to na głupie i niewymuszone straty, które uniemożliwiały odrobienie zaległości punktowych. W połowie kwarty było już 16 strat, a gospodarze prowadzili 18 punktami. Nets kompletnie dominowali pod tablicami mając 9 zbiórek ofensywnych, 30 punktów zyskali po naszych stratach, podczas gdy Sixers w ten sposób trafili do kosza ledwie raz. Pod koniec kwarty szansę dostali zmiennicy, w tym Howard, który zamiast wspomóc młodych towarzyszy na parkiecie, zaczął pajacerkę, co skutkowało faulami i kolejnymi łatwymi punktami gospodarzy. O dziwo jednak to właśnie “młokosy” zapaliły światełko w tunelu. Energiczny Maxey pokazywał, że w chaosie czuje się jak ryba w wodzie i w ostatnich sekundach trzeciej kwarty straty stały się nawet jednocyfrowe.

Powrót Simmonsa i Harrisa na początek ostatniej odsłony gry znowu sprawił jednak, że Nets uciekli na 17 punktów. Szansę na powrót skuteczności zza łuku dali jednak Green i Embiid – 12 punktów do tyłu na 7 minut do końca. 120 sekund później strata nie drgnęła ani o punkcik. Jedyne oznaki wiary dawał jeszcze Shake Milton, ale to było zdecydowanie zbyt mało. Przegrywamy 122:109.

Oglądając to spotkanie można było odnieść wrażenie, że w koszulki z napisem Phila, ubrali się jacyś zupełnie inni zawodnicy niż ci, którzy występowali w ostatnich trzech meczach w Wells Fargo Center. Fatalnie zza łuku, ogrom zbędnych strat i nawet Netsi z nowym trenerem i bez dwóch największych gwiazd byli w stanie kompletnie nas stłamsić.

Kolejny mecz w sobotę przeciwko Nuggets.