Washington

Co to był za mecz! Niesamowita ofensywa Sixers w pierwszej połowie, strata 21 punktów przewagi w drugiej, ogromne emocje w ostatniej kwarcie i wreszcie budująca wygrana po świetnie rozegranej końcówce. A po drugiej stronie popisy strzeleckie Bradley’a Beala, który przypomniał nam występy Allena Iversona w tej samej hali, ale prawie dwie dekady wcześniej. Kto zarwał nockę, z pewnością nie żałuje i zapewne po końcowej syrenie nie mógł szybko zasnąć z nadmiaru emocji!

Sixers zaczęli mecz w dwójkę – Simmons rzucił sześć pierwszych punktów swojego zespołu, po czym Curry trafił aż cztery trójki z rzędu! Ich koledzy byli nieskuteczni, na czele z Embiidem, który błąkał się po parkiecie i spudłował pięć kolejnych rzutów. Na szczęście Wizards mieli na tyle dziurawą obronę, a nie licząc Beala ich gracze również zawodzili, więc to gospodarze kontrolowali wynik.

W drugiej kwarcie do ofensywy włączyli się kolejni zawodnicy Sixers, a ich zespół zaczął szybko uciekać z wynikiem. Seria 17-5 (w tym cztery kolejne punkty Embiida, wliczając w to potężny wsad spod samego kosza) zrobiły swoje. Wizards byli ogrywani jak dzieci i doszło nawet do tego, że Curry pozwolił sobie na kolejną trójkę w kontrze z około 9 metrów! Nasz nowy nabytek był nie do zatrzymania, trafiając w pierwszej połowie wszystkie 6 rzutów zza łuku (łącznie 20 punktów) i w dużej mierze dzięki niemu utrzymywała się dwucyfrowa przewaga. Na koniec jeszcze przechwyt i trójka Greena tuż przed syreną i Sixers schodzili na przerwę prowadząc 82-67. Aż 49 punktów w drugiej kwarcie to nowy rekord klubu.

Początek trzeciej kwarty można tylko nazwać poezją. Trójka Embiida i Greena sprawiły, że skuteczność gospodarzy w pewnym momencie wyniosła 14/18 za trzy, co dało największą w meczu, 21-punktową przewagę. Ale nie na długo. Ta bowiem nie wiadomo kiedy stopniała do 8 punktów po cudach, jakie na parkiecie wyprawiał Bradley Beal. Zdobywając 8 kolejnych punktów pomógł w zrywie 10-0 i Wizards wciąż byli w grze, a ich lider miał w tym momencie już rekordowe w karierze, 55 “oczek” na koncie!

Początek czwartej kwarty i przewaga zmalała do zaledwie dwóch oczek, po tym, jak czarować zaczął także Ish Smith pomagając przy kolejnym zrywie, tym razem 9-1. To nie tak, że goście byli tak dobrzy ofensywnie, to defensywa Sixers przestała działać (a Wizards zaczęła), a trójki przestały wpadać. Po 4 minutach gry mieliśmy pierwsze prowadzenie gości (119-117) po trafieniu innego byłego filadelfijczyka – Raula Neto. W międzyczasie do gry wrócił Embiid, do punktowania Curry (tym razem seryjnie z pół dystansu) i z meczu zrobiło się prawdziwe widowisko – wymiana ciosów, twarda obrona i nieustanne zmiany prowadzenia. Jak to się oglądało!

Kluczowa dla wyniku okazała się nieskuteczna postawa Beala, który w czwartej kwarcie trafił tylko raz na sześć prób – pozostałe jego rzuty były niecelne lub blokowane przez Embiida i Thybulle’a (w tym kluczowa czapa na 26 sekund przed syreną, kiedy jednocześnie do szatni zszedł kontuzjowany Westbrook). Na pewno pomogła także świetna współpraca Simmonsa z Embiidem, który na szczęście dla nas był bezbłędny na linii rzutów wolnych (13/13).

Na liście najlepszych strzelców zapisali się: Embiid (38 punktów, 8 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwyty, 3 bloki), Curry (28 punktów – 6/7 za trzy, 5 zbiórek, 3 asysty), Milton oraz Harris (po 19 punktów i 3 asysty), Simmons (17 punktów, 6 zbiórek, 12 asyst, 2 przechwyty) i Green (15 punktów, 5 asyst, 2 przechwyty). Wśród rywali nie do powstrzymania był wspomniany już Beal (60 punktów – 20/35 z gry, 7 zbiórek, 5 asyst), który dzięki rzutowi wolnemu w samej końcówce wyrównał punktowy rekord klubu należący do Gilberta Arenasa.

To piąta wygrana z rzędu dla Sixers, którzy z bilansem 7-1 są wciąż najlepszym zespołem w lidze. Dzisiaj w nocy czeka ich starcie z Nets, osłabionymi jednak brakiem Kevina Duranta.