Nie o taką Philadelphię walczyliśmy!

Tegoroczne play-offs są już skończone dla Philadelphii. Gdy inne drużyny zacięcie walczą o tytuł, naszpikowani talentem Sixers są na przysłowiowych rybach. Chociaż nie można zaprzeczyć progresowi w porównaniu z poprzednim rokiem, jest to wciąż spore rozczarowanie i porażka, biorąc pod uwagę ruchy, jakie Elton Brand wykonał w trakcie rozgrywek, aby “wygrywać teraz”. Ale to nie zaskoczenie, którego nie można było przewidzieć.

Sixers po raz pierwszy od 1986 roku w dwóch kolejnych latach przekroczyli barierę 50 zwycięstw. Niestety sezon zasadniczy to jedno, a play-offs to drugie – tu do sukcesu potrzeba wielu rzeczy, których Sixers zwyczajnie nie mieli. Albo przynajmniej nie w każdym meczu. Pokazały to jeszcze w trakcie rozgrywek zbyt liczne przegrane z elitą ligi, pokazały to zbyt liczne wpadki z drużynami z dołu tabeli, a także wyrównane do ostatnich minut spotkania, w których Sixers od pierwszych akcji powinni byli dominować.

My wszyscy rozumiemy, że przekroczenie granicy 50 zwycięstw odchodzi w zapomnienie wraz z rozpoczęciem się fazy play-offs i to ona właśnie będzie najdłużej zapamiętania przez wszystkich – Brett Brown tuż przed zakończeniem sezonu.

Czujemy, że możemy wygrać ligę w tym roku – Joel Embiid.

Co w takim razie trzeba zmienić, żeby za rok Sixers faktycznie byli poważnym kandydatem do tytułu? Co zrobić, żeby nie zamienili się w Denver Nuggets z czasów Carmelo Anthony’ego i Marcusa Camby’ego, kiedy po kolejnych udanych sezonach ich także przepełniony talentem i po prostu fajny do oglądania zespół, nie potrafił przebić się do Finałów NBA? Oto pięć propozycji  – na Wasze czekam w komentarzach!

 

1. Zwolnić trenera Bretta Browna w trybie natychmiastowym!

Banalnym jest stwierdzenie, że w każdym zespole wszystko zaczyna się i kończy na szkoleniowcu. Ale w Sixers widać to jak na dłoni i nie muszę chyba do tego za bardzo przekonywać, bo Brown zbiera liczną krytykę już od czasu ubiegłorocznej porażki w serii z Celtics. Ten sezon to miał być jego ostateczny test, który został oblany i tłumaczenia o braku zgrania po kolejnym przemeblowaniem składu w trakcie rozgrywek na nic się nie zdadzą.

Brown był wspaniałym trenerem na czas tankowania, budowania drużyny, rozwijania talentów i zaszczepienia w nich determinacji, woli walki i wygrywania. Nie mogliśmy trafić lepiej! Ale kiedy przyszła pora na walkę o najwyższe cele, nie był już najlepszą osobą na swoim stanowisku. Nieodpowiednia i łatwa do przewidzenia taktyka, banalne zagrywki ofensywne, brak pomysłu na wykorzystanie poszczególnych graczy, absurdalne zmiany, zbyt powolne wyciąganie wniosków z sytuacji na boisku i być może najważniejsze – nieumiejętność nauki na własnych błędach, to jego główne grzechy.

Odejście odpowiedzialnego za defensywę Lloyda Pierce’a do Atlanty (Sixers przegrali 3 z 4 pojedynków z Hawks w sezonie) pokazało, że Brown także w tym elemencie nie odnajduje się. Właśnie w grze pod własnym koszem Sixers zanotowali największy regres, mając elitarnych obrońców w osobach Embiida, Butlera i Simmonsa… Historia Landry’ego Shameta, który nawet w obronie stał się przydatnym zawodnikiem po transferze do Clippers, pokazuje to dobitnie. Myślę, że tylko niebywały talent ofensywny sprawił, że Sixers zdołali wygrać te 51 spotkań, ale w play-offs z przeciętną obroną daleko się nie zajdzie – co pokazała seria z Raptors. Kiedy zaczęli wreszcie lepiej bronić w ostatnich meczach serii, ucierpiała ich ofensywa. Nawet jeśli potrafili wznieść się na ofensywne wyżyny, to tylko postawieni w krytycznej sytuacji. Dlaczego nie w każdym meczu, dlaczego zabrakło im motywacji i konsekwencji w takiej grze? Trener Brown ponosi za to odpowiedzialność.

Po porażce z Nets w pierwszym meczu play-offs, Brett Brown zrobił swoim podopiecznym piekło w szatni, które – jak sami przyznali – było wtedy niezbędne. Sixers łatwo wyeliminowali Nets wygrywając cztery kolejne spotkania, w niebywały sposób powstrzymując defensywnie D’Angelo Russella. Po porażce w pierwszym meczu drugiej rundy, trener Brown poczynił niespodziewanie dobre zmiany taktyczne (m.in. zwalniając tempo gry, wysyłając Simmonsa na krycie Leonarda, ustawiając Butlera na rozegraniu, rezygnując z Marjanovića czy dając więcej minut dla Monroe’a). Sixers prowadzili już 2-1 i sam zwątpiłem, czy krytyka trenera jest na pewno w pełni uzasadniona. Kolejne rozczarowujące mecze, brak nowych zmian taktycznych, słabe zaangażowanie zawodników i ogólna bezradność na parkiecie pokazały, że jednak jest. Mecz numer sześć dał znowu płomyk nadziei, ale finałowe spotkanie przed wrogą publicznością przerosło szkoleniowca, któremu zabrakło świeżych pomysłów. Największym błędem było w finałowym meczu nie korzystanie z Embiida pod koszem i brak chociażby małej przerwy dla starterów (każdy z nich zagrał ponad 40 minut, podczas gdy tylko dwóch rywali grało tak długo).

Dotychczas problemem było to, że tak naprawdę trudno było wskazać następcę Browna. Przed nami jednak całe lato i jeśli Sixers zaczną poszukiwania od razu, znajdą odpowiedniego kandydata. Zwłaszcza, że jeszcze już kilku bezrobotnych, niektórzy już zdążyli znaleźć nową posadę. Sixers potrzeba szkoleniowca z nazwiskiem, doświadczonego, darzonego szacunkiem przez wszystkie te indywidualności, które zebrano w Philly. Jednocześnie nie może to być trener starej daty, tylko ktoś, kto rozumie współczesną koszykówkę, a ta przecież bardzo zmieniła się odkąd Warriors zaczęli dominować, a dodatkowo liga podrasowała przepisy przed kończącymi się właśnie rozgrywkami. Musi to być trener, który będzie rządził twardą ręką, przyhamuje temperament niektórych graczy i co ważne – nie będzie bał się niepopularnych decyzji. Czym szybciej zaczną się poszukiwania, tym większa szansa powodzenia.

 

2. Przedłużyć kontrakty, ale nie za wszelką cenę.

Jedną z największych niewiadomych jest dziś to, czy Jimmy Butler i Tobias Harris jako wolni agenci zechcą pozostać w Philadelphii. Sixers muszą próbować ich zatrzymać, ale czy są to gracze warci maksymalnych kontraktów? Moim zdaniem nie i jeśli obaj panowie zarządzają zbyt wiele, to Sixers powinni wybrać tylko jednego z nich i próbować szukać innych wzmocnień, lub podpisać obu, jeśli uda się wcześniej porozumieć z innym zespołem w sprawie “sign’n’trade”.

A więc w najgorszym możliwym przypadku – Butler czy Harris? Po sezonie zasadniczym bezpieczniej było stawiać na Harrisa, bo to gracz młodszy, bardziej ułożony i z mniejszym ego, co teoretycznie ma lepszy wpływ na atmosferę w drużynie i na kolegów. Butler pokazał, że jest niezastąpiony w “clutch time”, ale jak Sixers nauczą się dominować, to takich sytuacji nie powinno być tak naprawdę zbyt wiele.

Jednak play-offs weryfikuje wszystko i tutaj okazało się, że to jednak Butler jest wart większych pieniędzy. To on jako jedyny regularnie wychodził przed szereg i brał na siebie rolę lidera (średnie 19.7 ppg, 6.2 rpg i 5.5 apg w play-offs, lepsze niż w sezonie zasadniczym), kiedy było trzeba rzucić wyzwanie Raptors. To on jako jedyny walczył i nie zawodził, podczas gdy Harris (15.5 ppg, 9.1 rpg, 4.1 apg w play-offs – lepiej w zbiórkach i asystach, ale o 5 punktów mniej i 7% gorzej w skuteczności) zwłaszcza w pierwszych meczach tej serii był niewidoczny na boisku lub notował mecze na fatalnej skuteczności, zawodząc zwłaszcza z dystansu. Grizzlies, Jazz, Mavericks i Nets już wyrazili chęć walki o Tobiasa latem, na razie brak plotek w sprawie Butlera.

Na pewno zdobyli wzajemny szacunek, zaufanie i stworzyli partnerstwo oparte na wiedzy, że wzajemnie się potrzebują. To partnerstwo może wciąż ewoluować – Brett Brown o stosunkach pomiędzy Embiidem i Butlerem.

 

3. Dokonać gruntownych wzmocnień na ławce rezerwowych.

Głęboki skład to gwarancja sukcesu w play-offs, to także mniejsza szansa na chroniczne kontuzje zbyt mocno eksploatowanych starterów – a z tym były problemy już pod koniec sezonu zasadniczego, nie wspominając kłopotów zdrowotnych Embiida w obu seriach play-offs. Od początku sezonu 2018/19 Sixers mieli jeden z węższych składów w lidze, ale po zamknięciu okienka transferowego ich ławka stała się jeszcze gorsza.

Według Hoopstats ławka rezerwowych Sixers była piątą najgorszą w całym sezonie jeśli chodzi o porównanie z wydajnością zamienników rywali, a jeśli by wziąć okres tylko po przerwie na Weekend Gwiazd, to Sixers byli przedostatni w całej NBA. To samo pokazała seria z Nets, jednak na słabszego rywala dominująca przewaga talentu w wyjściowej piątce wystarczyła. W trzech pierwszych meczach serii z Raptors, których ławka rezerwowych była w sezonie gdzieś pośrodku średniej ligowej, okazało się, że zmiennicy Sixers niespodziewanie dominują nad przeciwnikiem. Od czwartego meczu, kiedy Raptors zaczęli grać inaczej, a Embiid bardziej narzekał na zdrowie, to się diametralnie zmieniło. Najlepszym przykładem jest Boban Marjanović, który był bardzo cennym zmiennikiem w pierwszej rundzie, ale w drugiej z zespołem grającym tak jak Raptors okazał się całkowicie bezużyteczny i spędził na parkiecie… 0.5 sekundy w pięciu pierwszych spotkaniach. W szóstym za każdym razem, kiedy wchodził na parkiet, Raptors łapali wiatr w żagle i odrabiali straty. Z drugiej strony z niewiadomych przyczyn, trener Brown nie dał szansy pokazać się Zhaire Smith’owi i grał bardzo niewiele Jonahem Boldenem, który mógłby wnieść sporo energii na parkiet i chociażby w spotkaniu numer pięć nie mógłby być gorszy, niż Greg Monroe. W ostatecznym rozrachunku po zakończeniu serii, ławka rezerwowych Raptors statystycznie pod względem wydajności była już na podobnym poziomie. Przypomnę, że w siódmym meczu znakomity występ z ławki wcześniej zawodzącego Serge Ibaki w znacznym stopniu pogrążył Sixers.

Tutaj nie ma żadnej filozofii – Elton Brand musi poważnie szukać wzmocnień w postaci zadaniowców, weteranów i walczaków, nie zapominając o tym, że muszą to być równocześnie zawodnicy zdolni do zdobywania punktów. Takie nazwiska jak Amir Johnson, Highwood Highsmith, Jonathon Simmons, Shake Milton czy Greg Monroe są w składzie zbędne, a kilku innych zawodników również można zamienić na lepszych. Mike Scott i James Ennis III to najlepsi gracze ławki, którzy pozytywnie zaskoczyli – ale pokazały to dopiero play-offs, a nie sezon zasadniczy. Brand trochę przespał marzec i kwiecień, tracąc kilka ciekawych graczy szukających kontraktu, mam nadzieję, że latem to się nie powtórzy.

 

4. Oszczędzać Joela Embiida.

“The Process” w minionym sezonie opuścił 18 spotkań, z czego około połowy z powodu tzw. “load management”, czyli przymusowego odpoczynku, aby uchronić go przed kontuzjami, dać odpocząć i zapewnić pełnie sił na play-offs. Sixers wygrali tylko dziewięć z tych spotkań.

To nie jest reakcja na żadne jego bóle – staramy się być tylko mądrzy i dostarczyć go w pełni sił na play-offs – mówił Brown.

To tylko długoterminowa metoda ochronna, żebym nie tylko był gotowy na play-offs, ale również na następne 15 lat w lidze – twierdził Embiid.

Okazało się jednak, że Kameruńczyk gotowy był jedynie na pierwszą rundę play-offs, chociaż nie całą – opuścił mecz numer trzy, często grał z grymasem bólu na twarzy. W drugiej rundzie nie tylko był osłabiony bólami kolana, ale przeszkadzały mu problemy żołądkowe i grypa. Jeden dominujący mecz (33 punkty, 10 zbiórek, 5 bloków i 3 asysty w 28 minut gry w spotkaniu numer trzy) to za mało na zawodnika, który nazywa siebie najlepszym centrem w NBA. Mimo genialnej defensywy (Sixers byli +90 z nim na boisku na przestrzeni serii), to jednak jest to skaza na reputacji Kameruńczyka. Zwłaszcza, że nierozważna dieta i ogólnie nieprofesjonalne podejście do własnego zdrowia to coś, z czego zawodnik ten jest coraz bardziej znany. Na szczęście, znając jego charakter, to go powinno zmobilizować do poprawy w przyszłorocznych rozgrywkach.

Jeśli chcesz, żeby ludzie zapamiętali PROCES na zawsze, musisz wyjść przed szereg – Shaquille O’Neal.

Obnosi się ze sobą, jakby był na łożu śmierci. Takie zachowanie wysysa całą energię z jego zespołu – Charles Barkley po spotkaniu numer 5 z Raptors.

Embiid podczas sezonu regularnego przebywał średnio na parkiecie przez 33.7 minuty w każdym rozegranym spotkaniu. W wielu meczach widać było jego zmęczenie, co skutkowało odpuszczaniem gry w defensywie, gorszą skutecznością i nie wymuszonymi stratami – a problemy ze stratami kosztowały przecież Sixers kilka zwycięstw w minionym sezonie. Dlatego jego minuty powinny być ograniczone do 30 w meczu; chociaż będzie się zdarzała konieczność grania nim więcej, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by w łatwych spotkaniach rozstrzygniętych już w pierwszych połowach, dać Embiidowi odpoczywać dłużej. Statystyki na poziomie MVP nie są tak ważne, jak dobre zdrowie i mniej opuszczonych gier. Seria z Raptors to udowodniła – mimo gorszych osiągnięć indywidualnych, Embiid robił ogromną różnicę samą tylko obecnością na parkiecie. Stąd w ostatnim spotkaniu grał aż 45 minut, bo Sixers zwyczajnie nie mieli go kim zastąpić. Dlatego więcej odpoczynku oraz odpowiednia dieta to jedyna gwarancja prawidłowego przygotowania na fazę play-offs i gwarancji sukcesu w walce o tytuł.

 

5. Zachęcać Bena Simmonsa do rzutów z daleka.

To głównie zadanie dla trenera, bo to on ustawia zespół, zagrywki i role poszczególnych zawodników. Widzieliśmy na wielu treningach Bena Simmonsa rzucającego – i trafiającego – za trzy, podczas gdy w całym sezonie Australijczyk oddał takich rzutów zaledwie sześć i wszystkie spudłował (plus jeden w play-offs – trafiony, ale po czasie).

Z profilu “Has Ben Simmons Made a Three Yet?” na twitterze.

Trzeba przyznać, że w sezonie 2018/19 Simmons zaczął już oddawać więcej rzutów z półdystansu, częściej grał pod koszem, więcej punktów zdobywał z kontr – co wiąże się także z pojawieniem Jimmy’ego Butlera. Przed nim jednak długa droga, zwłaszcza, że prób dalej od kosza nie widzieliśmy już w play-offs. Nie zapomnijmy też o fatalnej skuteczności rzutów wolnych (kompromitujące jak na obrońcę 60% w sezonie i jeszcze gorsze 52% w play-offs).

To nie jest tak, że zawodnik według własnego “widzi-mi-się” decyduje o takim elemencie gry, jak rzuty z dystansu. To trener Brett Brown nie zachęcał go odpowiednio do rzucania trójek, lub początkowo wręcz go do tego zniechęcał. Jeśli ostatnio próbował w tym elemencie pracować z Simmonsem, to nieskutecznie, o czym może świadczyć zaskakująca wypowiedź z początku kwietnia:

On ma dopiero 22 lata i już odniósł sukces w wielu innych elementach gry, nie rzucając. Ale powtarzałem już wielokrotnie, że nie będziemy tam, gdzie chcemy być, jeśli nie zacznie – Brett Brown.

Czy Brown nie ma wystarczającego autorytetu? Czy Simmons nie chce brać odpowiedzialności? Tego na razie nie dowiemy się. Ale wiemy, że często kończy się to tak, jak na poniższych obrazkach:

Obrona rywali ignoruje Simmonsa na dystansie i zagęszcza pole trzech sekund, znacznie utrudniając grę pozostałym czterem zawodnikom, rotację piłki i ułatwiając podwajanie Joela Embiida. Jeśli Simmons zostanie odcięty od wejść pod kosz, tak jak stało się to w całej serii z Celtics w 2018 roku, czy w tych gorszych spotkaniach z Raptors, to z niemal wybitnego zawodnika stanie się takim, co bardziej przeszkadza, niż pomaga na boisku.

W pierwszej rundzie tegorocznych play-offs poza jednym meczem, nasz rozgrywający dobrze się spisywał. Statystyki Simmonsa w całej serii to 17.2 ppg, 6.6 rpg, 7.6 apg. Inaczej było w trzech pierwszych meczach drugiej rundy, jednak Simmons był wówczas przesuwany bardziej pod kosz (Jimmy Butler okazał się lepszym rozgrywającym przeciwko Raptors) i kapitalnie grał w obronie. Powiedziałbym, że był nawet niedoceniany za swoją nieustępliwość i “brudną robotę”.

Niestety sielanka skończyła się w spotkaniach numer cztery i pięć. Ben stał się mniej aktywny (także defensywnie), nieproduktywny i sfrustrowany, mając negatywny wpływ na cały zespół – 20 punktów i 13 strat zebranych łącznie z Embiidem w kluczowym meczu numer pięć to sytuacja niedopuszczalna dla zespołu chcącego walczyć o mistrzostwo. Simmons nie tylko nie rzucał, ale nie wiedział, co ze sobą zrobić po atakowanej stronie boiska, nie próbował atakować obręczy czy chociażby szukać fauli. Słowa zachęty skierowane w jego kierunku przed tym spotkaniem, przyniosły odwrotny skutek:

Mówiłem mu; za każdym razem, gdy tam jesteś, atakuj. Za każdym razem. Kiedy mamy zagrywkę i czujesz, że masz przewagę nad obrońcą, atakuj za wszelką cenę. A jeśli trener cię zapyta: “Dlaczego to zrobiłeś?” to ja obiecuję powiedzieć mu, że ci kazałem – Jimmy Butler.

Gdyby zastąpić wtedy Simmonsa innym przeciętnym rozgrywającym z NBA, trudno byłoby odczuć jakąkolwiek różnicę. Dlatego ostatnio coraz częściej słychać głosy, że jego przyszłość w Philadelphii jest coraz mniej pewna, albo że pozycja centra i gra niskim składem bardziej by mu odpowiadała (na co oczywiście nie ma szans z Embiidem w składzie, ale może rzeczywiście po wzmocnieniu składu latem można znaleźć dla niego lepszą pozycję, niż rozgrywający, którym pierwotnie miał być nieobecny już Markelle Fultz?). W meczu numer sześć Simmons znowu był agresywny, wykorzystał swój atletyzm i inne atuty. Wypadł rewelacyjnie po obu stronach parkietu (21 punktów, 8 zbiórek, 6 asyst i 0 strat) i brak rzutu nie miał tu znaczenia, jakby wcześniej problem z podejściem do meczu istniał tylko w jego głowie. Ale w meczu numer siedem zagrał już tylko poprawnie, znowu miał problem z 5 stratami. Statystyki Simmonsa w całej serii to znacznie gorsze, niż w pierwszej rundzie 11.6 ppg, 7.3 rpg, 3.9 apg.

Krytycy Australijczyka coraz głośniej zastanawiają się nad jego nadmierną arogancją, brakiem asertywności czy motywacji i możliwością przechodzenia obok niektórych spotkań obojętnie – łatkę takiego koszykarza miał zresztą już na studiach. Drugi rok z rzędu znaczne pogorszenie się gry w drugiej rundzie play-offs nie napawa optymizmem. Ale z powodu tak nierównej gry i niekonsekwentnego wykorzystywania swoich atutów, osobiście całkowicie wstrzymał bym się z planowaniem jakichkolwiek transferów z jego udziałem. Przynajmniej tak długo, dopóki nie okaże się, jak Simmons sprawdzi się w innym systemie gry i przede wszystkim pod opieką – mam nadzieję – innego szkoleniowca. I tutaj koło się zatacza, wracamy do punktu pierwszego.