Detroit

Drugi z rzędu pojedynek przeciwko graczom z Motor City, tym razem goście bez Joela Embiid’a w składzie. Do piątki Pistons wrócił za to Blake Griffin.

Spotkanie znacznie lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy już po trzech minutach gry, przy prowadzeniu 11 punktami zmusili Doc’a Rivers’a do wzięcia przerwy na żądanie. Sygnał do ataku starał się dać Harris, trafiając dwie trójki. Simmons’a szybko zastąpił Milton, jednak gospodarze kompletnie dominowali pod koszem zaliczając kolejne zbiórki w ataku, a po drugiej stronie akcję, za akcją marnował Howard. Zdecydowanie lepsze wrażenie pozostawiał po sobie Bradley, który zmienił byłego gracza Lakers. To było jednak zbyt mało by odrobić straty, które na koniec kwarty wyniosły 11 punktów (34:23).

Na początku drugiej ćwiartki udało się zmniejszyć straty do jednocyfrowych rozmiarów, głownie dzięki świetnej obronie Thybulle’a, który doprowadzał tym do białej gorączki Griffin’a. Niestety chwilę później dwa faule posłały młodziana na ławkę. Gdy po stronie gospodarzy na parkiet wrócił Grant i Plumlee, znowu uwidoczniła się dziura w pomalowanym. Straty momentalnie wzrosły do 17 punktów. Pomimo, że rzadziej gubiliśmy piłkę, to Pistons co rusz mieli okazję do powtarzania akcji dzięki zbiórkom (10 więcej w całej pierwszej połowie). Tymczasem Ben Simmons w takim spotkaniu, przeciwko ostatniej drużynie wschodu, gdy nie ma w składzie Embiid’a, spędza na parkiecie nieco ponad 6 minut z powodu szybkich 3 fauli osobistych… Wynik do przerwy – 64:50.

Trzecia kwarta to w zasadzie powtórka z rozrywki. Simmons pojawił się na parkiecie tylko po to by złapać czwarty faul, Howard machał swoimi długimi, ale dziurawymi rękami, a Pistons utrzymywali się na prowadzeniu dzięki zbiórkom w ataku i trójkom. W zasadzie każdy z podstawowych graczy, może poza Harrisem zawodził, przyzwoicie wyglądali jedynie młodzi. Widząc tą mizerię Rivers nawet nie próbował już wracać do startowej piątki razem na parkiecie.

W ostatniej odsłonie spotkania Ben Simmons chyba wreszcie zorientował się, że to on powinien odpowiadać w tym meczu za drużynę i zaczął zdobywać jakieś punkty, przewaga gospodarzy jednak absolutnie nie topniała. Sixers byli tak bezsilni, że nawet nie wpisany w protokół meczowy Mike Scott, postanowił się dopasować i zaliczył przewinienie techniczne za utarczki z rywalem. Nie wierzycie, że mogło być tak źle? Ja też nie wierzyłem, a musiałem jeszcze patrzeć jak Sixers pudłują trzy wolne z rzędu przyznane im za niesportowe zachowanie przeciwnika… Wyglądało to tak, jakby Pistons nawet gdyby bardzo chcieli, to nie daliby rady dzisiaj zejść z boiska na tarczy. Ten dramat w czterech aktach zakończył się wynikiem 119:104 .

Nobla temu, kto jest wstanie wytłumaczyć, jakim cudem pierwsza drużyna konferencji grając bez tylko jednego zawodnika traci kompletnie swoją wartość.