Sixers – Cavaliers 106:99

Nie bez problemów, jednak udało się wygrać z tankującymi Cavs. W ekipie gości zabrakło w składzie Kevina Love, my musieliśmy sobie radzić bez odpoczywającego Jimmy Butlera. W pierwszej piątce zastąpił go Ennis III, a skład dopełnili Simmons, Redick, Harris oraz Embiid. Do gry wrócił za to Boban.

Od początku meczu Sixers pokazywali kto jest faworytem tego spotkania i dlaczego. Dobra obrona pozwoliła wygrać pierwszą kwartę 24 do 12. Później zaczęły się schody. Cleveland nabrało wiatru w żagle, a my mieliśmy problemy z zatrzymaniem Sextona i Osmana. To jest NBA i meczu nie da się łatwo wygrać nie grając dobrze zorganizowanego basketu. Do przerwy nasza przewaga stopniała do sześciu punktów.

Swoje przewagi wykorzystywał Simmons i trzeba przyznać, że on akurat wyglądał przyzwoicie przez całe spotkanie. Mecz zakończył z 26 punktami, 10 zbiórkami oraz 8 asystami, popełnił przy tym tylko dwie straty, z czym często ma problemy. Mimo grania w trybie eco, Sixers kontrolowali przebieg spotkania gdzieś do 43 minuty grania. Redick trafiał swoje rzuty, cichym bohaterem meczu był James Ennis, gdy nagle coś się zacięło. Na niecałe 3 minuty do końca Cavaliers po trójce Osmana objęło prowadzenie, a ja zacząłem zrywać włosy z głowy. W końcu nie mogliśmy sobie pozwolić, na stratę punktów z takim przeciwnikiem. Na szczęście ostatnie dwie minuty zdominował Embiid i najpierw potężnym wsadem przywrócił prowadzenie, a póżniej blokami i zbiórkami w obronie dokończył dzieła.

Ostatecznie wygraliśmy 106 do 99, jednak nie było to najlepsze spotkanie 76ers. Wygraliśmy minimalne, w meczu w którym zbiórki zdominowaliśmy 60 do 37! Pogrzebać nas mogły straty, tam byliśmy tragiczni, 21 do 7. Kolejny mecz dopiero za dwa dni z Sacramento, które będzie po meczu z Bostonem.