Sixers – Cavaliers 98:97

W bólach odnosimy jednopunktowe zwycięstwo z Cavs po słabym spotkaniu, w którym jednak nie zabrakło emocji. Już w zeszłym sezonie bardzo ciężko grało nam się z drużyną z Ohio, a teraz Cavaliers mają bardziej zrównoważony składo. Do tego dobrze rozwija się Sexton, a Kevin Love wraca do formy.

Pierwsza połowa nie zapowiadała takiej dramaturgii. Mimo ospałej gry i fatalnej skuteczności w rzutach trzypunktowych udało się wypracować kilka oczek zaliczki. Gdyby nie świetna gra Tristana Thompsona to strata Cavs była by znacznie większa. Do składu wrócił Ben Simmons, a zabrakło odpoczywającego Horforda. Ben wyglądał całkiem solidnie, bez fajerwerków, ale widać, że z barkiem wszystko w porządku. Wynik do przerwy – 54 do 48 dla gospodarzy.

W drugiej połowie Jordan Clarkson poderwał zespół gości do walki. Mam wrażenie, że ten zawodnik zawsze motywuje się szczególnie na spotkania z Simmonsem. Coach Brown starał się rotować składem, jednak brakowało nam ognia z ławki, a jedynym pewnym punktem był dzisiaj Embiid. Joel w końcu zagrał spotkanie, jakie powinien grać do mecz. 50% skuteczności, 3/5 za 3, mało strat, a do tego aż 16 zbiórek i walka na całym boisku. Takiego lidera potrzebujemy, szczególnie gdy Harris pudłuje na potęgę (0/11 za trzy!). Świetny moment w Q3 miał Korkmaz notując 8 punktów w krótkim czasie.

Mimo wszystko to goście w drugiej połowie byli bardziej skuteczni i na 3 minuty do końca wygrywali pięcioma punktami. Wtedy w końcu obudził się Tobias, który najpierw po zbiórce w ataku zdobył punkty, a później dołożył trafienie z półdystansu. W kluczowej akcji rozdał asystę do Embiida po której Cavs mieli jeszcze swoją szansę, lecz po dobrej akcji Kevin Love na szczęście spudłował z czyściutkiej pozycji.

Mecz do zapomnienia, choć jest to ważne zwycięstwo i bilans 7-3 nie wygląda źle. Gdyby nie feralna czwarta kwarta z Denver byłoby 8-2 i wyglądało by jeszcze lepiej. Już dzisiaj Sixers grają kolejny mecz na trudnym terenie w Orlando, gdzie zobaczymy jak spisuje się Fultz!