Miami

W meczu, w którym łącznie nie wystąpiło 15 graczy obu ekip, Sixers okazali się lepsi na własnym parkiecie od zespołu z Miami. Był to bardzo ciekawy mecz, z wieloma zwrotami akcji. Sixers udało się wypuścić nawet mocną piątkę w postaci Simmonsa, Maxeya, Greena, Scotta i Embiida. Po stronie gości zabrakło z najlepszych Butlera, Adebayo oraz Dragica, jednak mieli sporą część finałowej ekipy.

To właśnie Duncan Robinson szalał do przerwy, a Tyler Herro był zabójczy w czwartej kwarcie oraz dogrywce. Na miejscu Houston bym brał tych byczków w zamian za obrażoną gwiazdę. Po dobrej pierwszej kwarcie gospodarzy, w drugiej to goście nabrali wiatru w żagle i z rozpędem wjechali w Q3. W pewnym momencie ich przewaga wynosiła 13 punktów. Wtedy Joel powiedział, nie ze mną takie numery i wziął się mocno do roboty. Punktował na wszystkie możliwe sposoby i za jego sprawą wykonaliśmy run 15-0 który pozwolił nam wrócić do gry. W samej tylko trzeciej kwarcie Embiid zdobył 20 punktów! Prawdziwy pokaz jego dominacji.

Ostatnią część meczu zaczęliśmy bardzo dobrze, Simmons rozdawał kolejne asysty, a Green, który tego dnia był bardzo ciepły trafił trójkę nr 8 i nr 9. Wyrównał tym samym rekord liczby trójek w meczu dla Sixers. Do końca spotkania było jeszcze sporo czasu i trzymałem kciuki, żeby trafił nr 10 i pokazał hejterom, że ciągle jest w topie strzelców. Niestety za trzy już mi nic nie wpadło, co nie zmienia faktu że zagrał bardzo dobrze. Gdy na 6 minut do końca osiągnęliśmy 12 oczek przewagi, wydawało mi się, że jest już po zawodach. Niestety Simmons złapał szósty faul, Herro się rozszalał i tym razem to gracze Heat zanotowali wysoki run. W końcówce popełniliśmy dwie głupie straty, a goście grali jak z nut. Na niecałe pół minuty do końca spotkania, przegrywaliśmy pięcioma punktami. Wtedy Isaiah Joe trafił jedną ze swoich czterech trójek i wlał nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Udało nam się wybronić akcje i na 7 sekund do końca mieliśmy piłkę przy stanie 120-118 dla Miami. Joel wziął sprawy w swoje ręce i niczym rasowy strzelec z półdystansu doprowadził do wyrównania oraz dogrywki.

W niej musieliśmy radzić sobie bez Maxeya, który również spadł za 6 fauli. Graliśmy więc piątką Mathias, Joe, Green, Scott oraz zajechany Embiid. Nikt w dogrywce nie potrafił odskoczyć, dopiero wielka trójka Mathiasa na 26 sekund do końca pozwoliła przechylić szalę na naszą stronę. Formalności dopełniliśmy z osobistych i szalone zwycięstwo stało się faktem. Bardzo mnie cieszy, że w takim meczu i takich okolicznościach wychodzimy zwycięsko z tej sytuacji.

MVP Joel Embiid: 45 punktów, 16 zbiórek, 4 asysty oraz 5 przechwytów.