W kolejnym spotkaniu przyszło nam zmierzyć się z niepokonanymi do tej pory Detroit Pistons na ich parkiecie. Zadanie trudniejsze tym bardziej, że kolejny raz musieliśmy sobie radzić bez Bena Simmonsa, którego występ cały czas był wątpliwy. Do rotacji dołączył Mike Muscala, dla którego był to debiut w trykocie 76ers. Spotkanie rozpoczęliśmy w składzie Markelle Fultz, Landry Shamet, Robert Covington, Dario Saric oraz Joel Embiid. Widać, że będzie kontynuowany pomysł, w którym Redick gra jako motor napędowy z ławki.

Pierwsza i druga kwarta to bardzo wyrównana gra, kosz za kosz. Sixers imponowali zespołowym graniem oraz szybkością akcji. Pistons z kolei grali bardzo prostą koszykówkę, jednak skuteczną w momencie gdy ich lider Blake Griffin grał jak z nut. Blake do przerwy zanotował 28 punktów praktycznie nie myląc się spod kosza. On i Drummond zaciekle atakowali pole trzech sekund, grając twardą, fizyczną koszykówkę. W końcu dobrą pierwszą połowę rozegrał Fultz, zdobył 9 punktów na skuteczności 4/5 z gry. Jak na złość, trener Brown dał mu rozegrać jedynie 11 minut przez dwie kwarty. Wynik do przerwy brzmiał 64:61 dla Sixers.

Trzecia kwarta nie przyniosła zmiany stylu gry obu ekip. W dalszym ciągu nie było sygnału, aby podwajać akcję podkoszowe przeciwników. Mecz ten trochę pokazał, że poza Embiidem nie mamy wysokiego, który potrafiłby ustać przy takich zawodnikach, jak Griffin – silnych jak tur, którzy w bezczelny sposób wbijają się pod obręcz. Po drugiej stronie boiska na szczęście wszystko trybiło tak jak należy, zespołowa gra, dobrze grający Covington oraz szalejący Embiid. Joel kocha takie matchupy jak ten z Drummondem. Grał świetne zawody, nie ograniczając przy tym kolegów z drużyny, co często miało miejsce w zeszłym sezonie. 94:87 przed startem czwartej kwarty.

Ostatnia ćwiartka zapowiadała się bardzo emocjonująco. Za każdym razem gdy wydawało się że Sixers przejmują pełną kontrolę, Pistons odpowiadali jak należy. W dalszym ciągu szalał Blake, a w dodatku bardzo rozpędził się nasz stary znajomy Ish Smith. Nie radził sobie z nim najpierw Fultz, później TJ. Brakowało nam w grze rasowego rozgrywającego, nie możemy narzekać na płynność akcji, jednak kontrola tempa i brak akcji pick&roll, mocno odbijały się na wyniku. Na niecałe 5 minut do końca meczu, Pistons udało się doprowadzić do remisu. Blake tego dnia był niesamowity, ciężko się jednak patrzyło na koszykówkę tak bardzo rzemieślniczą. Każde posiadanie grane przez niego, tylko w momencie gdy nie potrafimy go bronić w pojedynkę, czemu nie szukać podwojeń? W grze trzymali nas Embiid i Redick, przy wyniku 120:120 na zegarze pozostało 30 sekund i nasze posiadanie. Po przerwie na żądanie wznawialiśmy grę z autu, zagrywką pod rzut Joela za trzy… Próba zakończyła się niepowodzeniem. Na szczęście udało się wybronić akcję przeciwników i decydująca piłka była w naszych rękach. Rzut na zwycięstwo z czystej pozycji za trzy oddawał Saric, który niestety nie trafił i byliśmy świadkami pierwszej w tym roku dogrywki.

Dodatkowy czas gry gorzej rozpocząć się nie mógł, trójki trafili Griffin (wyrównując przy tym rekord kariery 47 punktów) oraz Ish Smith. Prowadziliśmy praktycznie całe spotkanie, teraz pierwszy raz przegrywaliśmy więcej niż dwoma oczkami. Wiarę w nasze serca wlał JJ Redick, najpierw skończył akcję 2+1, później trafił trójkę, która doprowadziła do remisu na 2 minuty do końca spotkania. Wtedy nastąpił przestój którego nie potrafię zrozumieć, w obronie w końcu zaczęliśmy grać jak należy, jednak kilka akcji z rzędu nie znalazło drogi do kosza. Po dwóch trafionych wolnych Jacksona, przegrywaliśmy dwoma punktami na 20 sekund do końca, a ja zacząłem pisać, że powrócił koszmar końcówek i nie da się ich wygrywać bez grania 1 na 1. Wtedy szalony rzut po wyjściu po zasłonach oddał Redick i trafił go z faulem 3+1! Niestety nie był to koniec emocji w tym meczu, Pistons mieli 5 sekund i piłkę z boku, trafiła ona w ręce Griffina, a ten po zwodzie popędził na kosz i tym razem to on popisał się akcją and-one. Mieliśmy 1,8 sekundy do końca i piłkę po czasie z boku. Kolejny raz zagrywka rozrysowana pod Emiida za 3… Przecierałem oczy ze zdumienia. Joel nie trafił i przegraliśmy mecz, który w zasadzie nie powinniśmy przegrać. Załatwił nas Blake, zdobywając 50 punktów, przyciemnił świetny mecz Emiida i dobry całego zespołu. Ze smutkiem poszedłem spać po 3h oglądania Sixers w akcji. Kolejny mecz już jutro, z również niepokonanymi Bucks w Milwuakee.

Aha, Joel pierwszym graczem od czasów Iversona, który zdobył +30 punktów w trzech kolejnych spotkaniach, marne to jednak pocieszenie…