Sixers – Spurs 115:104

Wczorajszej nocy Sixers podejmowali u siebie zespół, który znaczy wyjątkowo dużo dla Bretta Browna. W tym sezonie obie ekipy zaczęły bardzo dobrze, po czym niestety dopadł ich spadek formy. Brown w pierwszych latach swojej pracy regularnie dostawał lanie od Popovicha, na szczęście wczoraj przyczynił się do ósmej porażki z rzędu Spurs, co nie ma precedensu w jego karierze w San Antonio.

Sixers byli górą od pierwszych akcji, wykorzystując bardzo słabą w tym sezonie defensywę rywali. Spurs nie nadążali, kiedy gospodarze trafiali kolejne rzuty (seria 21-6). Sami nieskuteczni za trzy i zatrzymywani pod koszem mogli odpowiadać tylko rzutami z półdystansu. Dopiero pod koniec tej ćwiartki odrobili straty do 5 oczek i gra od tego momentu była bardziej wyrównana. W drugiej odsłonie dobrą zmianę dali bardzo aktywny Korkmaz, a także Burke i Ennis. Przewaga znowu urosła do dwucyfrowej i znowu finałowe minuty należały do gości – wynik do przerwy 59-52.

Po zmianie połów Sixers potrzebowali niewiele czasu, by serią 7-0 powiększyć prowadzenie. Ale nie, i tym razem Spurs szybko ich dogonili. W ostatnich minutach gospodarze uciekli zrywem 9-0, po czym stracili 7 kolejnych “oczek”. To już przestało być zabawne… Seria Spurs przerwana została dopiero przez Embiida, który wprawdzie spudłował po raz pierwszy w tym meczu (po wcześniejszych 8 trafieniach z rzędu!), ale zebrał i dobił piłkę.

Finałowa kwarta nie różniła się od reszty meczu; Sixers regularnie powiększali swoją przewagę, następnie regularnie ją tracili (brawa dla DeRozana w tej kwarcie – 12 punktów i tylko jedno pudło), ale zawsze byli na prowadzeniu. Czym bliżej gwizdka, tym bardziej gospodarze potwierdzali kontrolę nad meczem, kluczowa była tu trójka Korkmaza na 2.22 sek. przed ostatnią syreną, która pogrążyła podopiecznych Popa.

Sixers rozegrali dobre spotkanie i to mimo różnych eksperymentów Browna ze składem i ustawieniami na parkiecie. Popisali się skutecznością prawie 52% i 10/26 za trzy, stracili tylko 13 piłek, grali zbilansowany i zespołowy atak, odnosząc trzecią wygraną z rzędu (chociaż wszystkie nad słabszymi rywalami).

Na szczególną uwagę zasługuje czterech zawodników: Ben Simmons z pierwszym w sezonie triple-double (10 punktów, 10 zbiórek, 13 asyst), Joel Embiid (21 punktów – 9/13 z gry, 14 zbiórek, 3 asysty), Tobias Harris (26 punktów – 3/5 za trzy, 6 zbiórek, 4 asysty, 2 bloki) i coraz pewniej grający Furkan Korkmaz (17 punktów – 4/7 za trzy).

Już dzisiaj w nocy starcie z Miami Heat, czyli pierwsze spotkanie z Jimmy Butlerem!

4 komentarze

  1. WojtekHandi pisze:

    Gramy srednio, a bilans nie taki zly, gdyby nie frajerstwo z Denver to w ogole byloby niezle. Pytanie co sie stanie jesli ta druzyna regularnie zacznie grac na miare swoich mozliwosci? O ile w ogole tak sie stanie…

    • iCivre pisze:

      co się stanie jeśli ta drużyna regularnie zacznie grać na miarę swoich możliwości? Przecież to oczywiste – będzie mistrzostwo xDDD

  2. pidok pisze:

    Mecz całkiem mi się podobał. Harris i Embiid w ogóle super, Korkmaz i Horford też na duży plus. Tylko Ben… fajnie że triple double, kreował też przyzwoicie, ale te wjazdy na wariata są mega irytujące.

  3. Serek7 pisze:

    Bardzo ładnie graliśmy, oby tak dalej. Simmons to prawdziwy profesor defensywy w tym momencie, imponuje mi coraz bardziej w tym aspekcie. I jestem coraz bliższy przeproszenia Korkmaza, bo to chyba nie jest już tylko dobra passa. Ale jeszcze poczekam ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *