Pierwsza połowa drugiego spotkania sparingowego Sixers nie różniła się specjalnie od tej z meczu przeciwko Grizzlies. Filadelfijczycy zdominowali rywala, każdy robił swoje, a różnica w punktach wynosiła nawet 24 oczka. Kryzys przyszedł na nieco ponad 3 minuty przed końcem trzeciej kwarty, kiedy Sixers stanęli na 81 punktach, pozwalając Thunder zdobyć 13 oczek z rzędu.

Do czwartej kwarty trener Brown podchodził wciąż z 9-punktowym prowadzeniem, jednak wiedząc, że wynik nie ma żadnego znaczenia, zdecydował się na ciekawy krok: nie tylko wystawił do gry same rezerwy, ale przez całą kwartę niewiele dał im odpocząć, stroniąc od brania czasów. Może skończyłoby się to dobrze, gdyby nie brak kontuzjowanego Raula Neto. Widoczny był brak pomysłu na rozegranie, zawodnicy stali na parkiecie nie wiedząc co robić, lub decydowali się na nieudane, indywidualne akcje. Wychodziło (czasami) tylko Burksowi, który wziął ciężar gry na siebie i jako jedyny regularnie zdobywał punkty (łącznie w całym meczu 13). Rezultat był łatwy do przewidzenia.

Wracając do pierwszej połowy, rewelacyjnie zagrali znowu Simmons (14/11/9) i Horford (13/9 oraz 4 trafienia na 5 prób za trzy), ale tak jak wspomniałem – każdy spisał się dobrze. Z rezerw na wyróżnienie zasługuje obrona Thybulle’a oraz postawa Pelle’a pod koszem. Joel Embiid narzekał na ból łydki i opuścił spotkanie prewencyjnie.

Dodam jeszcze, że w czwartej kwarcie ponad 11 minut gry dostał Marial Shaylok, który chybił wszystkie 3 rzuty i nie potrafił sobie poradzić z minięciem obrońców, udowadniając, że niezrozumiała dla mnie sympatia kibiców w jego stronę jest zupełni bezzasadna.

Sixers swój trzeci i ostatni mecz sparingowy zagrają w środę przeciwko Dallas Mavericks, a już za 5 dni wznowią sezon sobotnim pojedynkiem z Indiana Pacers.