Grizzlies – Sixers 105:119

Czwarte z rzędu oraz czterdzieste zwycięstwo w sezonie odnotowujemy w starciu z Grizzlies. Wygrana od początku do końca nie podlegała dyskusji, a mnie dziwnie oglądało się mecz w którym ani przez moment nie martwię się o wynik końcowy. Z jednej strony Memphis to w tej chwili tankowiec i nie zależy im na wygranych, z drugiej doczekaliśmy się drużyny, która pewnie potrafi wygrywać takie spotkania. Naprawdę z przyjemnością patrzy się na nasz zespół na tym etapie sezonu, a przede wszystkim na równą grę przez cztery kwarty, niezależnie od piątki przebywającej na parkiecie.

O ile do przerwy Niedźwiadki jeszcze jakoś się trzymały w grze, to po przerwie oglądaliśmy już totalną miazgę… Wynik trzeciej kwarty wyniósł 41:25 i na ostatnią ćwiartkę wychodziliśmy z przewagą +30 punktów. Pozwoliło to odpocząć podstawowym graczom, którzy nie pojawili się już więcej na parkiecie. Piątka TJ-Anderson-Belinelli-Ilyasova-Holmes dokończyła dzieła zniszczenia popisując się przy tym bardzo fajnym basketem.

Ciężko wyróżnić kogokolwiek dzisiaj, gdyż przy takim pogromie indywidualne statystyki odchodzą na dalszy plan, a liczy się dopisana wygrana przy minimalnym nakładzie sił. Każdy z pierwszej piątki miał +10 punktów, a dwucyfrowy wynik osiągnął jeszcze nasz sympatyczny Włoch, który znajduję się w wyśmienitej formie po przenosinach do Sixers. Kolejny mecz jutro na wyjeździe w Orlando i liczymy na zwycięstwo numer 41.